Komputerem w epidemię

Największym przyjacielem zarazków są samoloty. Dopiero w erze lotnictwa cywilnego pojawił się problem epidemii globalnej. Jak się przed tym bronimy?

Oczywiście ludzie podróżowali także w czasach przedlotniczych. Tamte podróże różniły się jednak od tych dzisiejszych czasem trwania i popularnością. Na początku XXI wieku rocznie z samolotów korzysta kilkadziesiąt, może nawet kilkaset milionów ludzi. Wraz z rozpowszechnieniem ruchu lotniczego drastycznie skrócił się także czas, jaki spędzany jest w podróży. Warto sobie uzmysłowić, jaki to ma wpływ na rozprzestrzenianie się epidemii.

Zarazki w człowieku mogą żyć czy „wykluwać się” latami. Przykładem takiej choroby jest chociażby AIDS wywoływany wirusem HIV. Od momentu infekcji do momentu wystąpienia pierwszych oznak choroby mogą minąć lata. Ten długi czas powoduje, że wyśledzenie miejsca zarażenia jest niezwykle trudne. Przeważająca większość chorób pojawia się jednak w stosunkowo krótkim czasie od momentu zarażenia. Szybki i masowy transport na duże odległości powoduje, że ludzie mogą przenosić bakterie, wirusy czy grzyby, nie mając nawet świadomości, że są nimi zainfekowani. Może się zdarzyć, że wsiadając do samolotu i wysiadając z niego na drugiej półkuli, u pasażera nie zdążą nawet wystąpić pierwsze symptomy infekcji.

A wtedy nawet najbardziej drobiazgowa kontrola na lotnisku (np. bramki mierzące temperaturę pasażerów) niczego nie wykaże. O tym, że to samoloty właśnie są głównym „nośnikiem” zarazków, naukowcy wiedzieli od lat. Ale obejmujący cały świat komputerowy model tego zjawiska powstał dopiero w 2008 roku. Jego autorem był pracujący na uniwersytecie w Toronto i w Szpitalu św. Michała w tym samym mieście epidemiolog dr Kamran Khan. Stworzył rozbudowaną platformę, którą nazwał Bio.Diaspora.

Z Hongkongu w świat

Impulsem do zajęcia się problemem globalnie była epidemia SARS z 2003 roku. Choć nie był to pierwszy przypadek rozprzestrzenienia się jakiejś choroby przez transport lotniczy, w przypadku SARS samoloty odegrały rolę kluczową. Pierwsze przypadki zachorowania na nieznaną wcześniej odmianę zapalenia płuc zanotowano w prowincji Guangdong, na południu Chin, już w 2002 roku. Ale prawdziwa międzynarodowa „kariera” choroby rozpoczęła się z chwilą, gdy wirus dotarł do Hongkongu, jednego z największych na świecie lotniczych węzłów przesiadkowych.

Krótko po zanotowaniu pierwszych zachorowań w Hongkongu, na zespół ostrej niewydolności oddechowej (czyli właśnie SARS) zaczęli chorować ludzie w USA, Europie i Kanadzie. W sumie na całym świecie zachorowało około 7 tysięcy osób, z czego zmarło ponad tysiąc. Można powiedzieć, że to niewiele, skoro na polskich drogach rocznie giną 4 tysiące ludzi. Ale z drugiej strony rozmiary epidemii SARS byłyby wielokrotnie większe, gdyby epidemiologom w walce z nią nie pomagali eksperci lotniczy, informatycy i statystycy. Szacuje się, że tylko w Kanadzie wydano około miliarda dolarów na powstrzymanie choroby. Dzięki temu zmarło „tylko” 44 Kanadyjczyków. Mogło wielokrotnie więcej.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja