Autostradą na gapę

Spółka zarządzająca infrastrukturą energetyczną kraju ma ogłosić przetarg na tzw. przesuwniki fazowe. Nudy? Nic z tych rzeczy. To jedna z najciekawszych historii, jakie ostatnio słyszałem.

Przesuwniki fazowe – w wielkim skrócie – są dla sieci energetycznych tym, czym zastawki dla układu krwionośnego. To urządzenia, które kontrolują przepływ prądu (tak jak zastawki kontrolują przepływ krwi) i nie pozwalają, by płynął w dowolnym kierunku. Wspomniane przesuwniki fazowe zostaną zainstalowane w miejscach, w których niemiecka sieć przesyłowa łączy się z polską. Inwestycja warta niecałe 200 mln euro ma zostać pokryta w połowie przez stronę polską, w połowie przez niemiecką. O co chodzi? No i to jest właśnie ta ciekawa historia.

Jak go przesłać?

Na północy Niemiec od kilku lat jak grzyby po deszczu rosły i dalej rosną elektrownie wiatrowe. Gdy wieje wiatr, niemiecka sieć przesyłowa nie jest w stanie odebrać prądu produkowanego przez wiatraki na wietrznej północy kraju, który potrzebny jest na uprzemysłowionym południu. Jak przesłać ogromne jego ilości na odległość kilkuset kilometrów? Wystarczyłoby budować sieci przesyłowe. Tylko tyle i aż tyle. Tylko tyle – bo to nie wymaga żadnej nowej technologii. Aż tyle – bo trzeba zainwestować mnóstwo pieniędzy. Budowa kilometra linii przesyłowej to koszt przynajmniej miliona euro.

Wartość całości inwestycji liczona jest w miliardach euro. Tak jak wydawanie pieniędzy na wiatraki przysparza partii rządzącej popularności wśród proekologicznie nastawionych wyborców, tak wydawanie ogromnych kwot na linie przesyłowe z zieloną energią się nie kojarzy. Jest jeszcze coś. Ktoś w końcu będzie musiał zapłacić za budowę nowych linii. Jakiekolwiek by nie robić ekonomiczne „wygibasy”, ostatecznie ten koszt spadnie na odbiorcę prądu: albo bezpośrednio w rachunkach za energię, albo pośrednio, czyli w podatkach, które następnie rząd przeznacza na dopłaty, preferencyjne kredyty i gwarancje kredytowe dla producentów zielonej energii. Efekt? Drogi zielony prąd byłby jeszcze droższy. Choć Niemcy szczycą się tym, że dla wyższych (ekologicznych) celów są w stanie ponosić dodatkowe koszty, wszystko ma jakieś granice. Widocznie uznano, że wydawanie miliardów na linie przesyłowe te granice by przekroczyło. Co oczywiście nie zmienia faktu, że prąd z północy na południe jakoś przesłać trzeba.

Jak na karuzeli

Można sobie wyobrazić dwie drogi. Jedna wiedzie na zachód, przez Belgię i Holandię, a następnie Francję i z powrotem do Niemiec. Druga to droga wschodnia. Czyli przez terytorium Polski na południe, przez Czechy do południowych Niemiec. Holandia i Belgia (przeczuwając?) zamontowały jednak na swoich transgranicznych połączeniach z Niemcami przesuwniki fazowe (zastawki), Polska do dzisiaj takich urządzeń nie ma. W ich montowaniu nie chodzi o to, by zamknąć drogę dla energii elektrycznej z sąsiedniego kraju, tylko mieć nad tym przepływem kontrolę. Słowo „kontrola” w tej historii jest chyba najważniejsze. Do Polski z Niemiec przez lata na północy kraju wpływały ogromne ilości energii elektrycznej. A wypływały na południu.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja