Chyba niemożliwe

W nauce i technologii nigdy nie można mówić nigdy. Dzisiaj jednak nie sposób sobie wyobrazić systemu, który ochroniłby Ziemię przed kolizją z jakąkolwiek planetoidą.

Reklama

Jest to niemożliwe z wielu powodów, ponadto nieco inaczej wygląda problem, gdy mówimy o dużych obiektach, a inne trudności napotykamy, gdy myślimy o obiektach małych.

Co jest małe, co jest duże?

Na początku ustalmy, co jest małe, a co duże. Przez małe rozumiem obiekty o średnicy nie większej niż kilkanaście metrów. Duże to te, które mają powyżej kilkudziesięciu metrów. Dlaczego kwestia wielkości (i związanej z nią masy) ma kluczowe znaczenie? Obiekty duże potrafimy wykrywać i śledzić – to niewątpliwie dobra wiadomość. Nie możemy jednak liczyć na to, że wchodząc w atmosferę, wyparują albo rozpadną się na nieszkodliwy deszcz meteorytów. Kolizja dużej planetoidy z Ziemią zawsze grozi sporym niebezpieczeństwem. Jeżeli obiekt ma kilkadziesiąt, nawet kilkaset metrów średnicy, zniszczenia zależą od miejsca upadku.

Najczęściej spadające obiekty lądują w wodzie, bo... wody jest najwięcej. Ale jeżeli obiekt ma średnicę większą niż kilometr, miejsce jego upadku nie ma dużego znaczenia. Ogromne zniszczenia dotkną nawet najdalsze skrawki planety. Wiele instytutów astronomicznych na świecie śledzi obiekty, które potencjalnie mogą stanowić zagrożenie. Jedną z takich agencji, chyba najlepszą na świecie, jest amerykańska NASA. Kongres zobowiązał agencję do śledzenia obiektów zagrażających Ziemi o średnicy większej niż kilometr. Na stronie Impact Risk http://neo.jpl.nasa.gov/risk/ publikuje ona najbardziej aktualne wyniki swoich obserwacji. Obecnie przygląda się ok. 1300 obiektom. Ocenia, na jaką odległość badany obiekt zbliży się do Ziemi i kiedy do tego zbliżenia dojdzie. Obserwacja potencjalnie zagrażających nam obiektów nie jest trudna. Gorzej z obliczeniami, które trzeba przeprowadzić. Teleskopy cały czas śledzą ruch w kosmosie. Gdy zostanie zauważony jakiś poruszający się obiekt, sprawdza się, skąd leci i dokąd zmierza. Im dłużej jest obserwowany, tym dokładniej można wytyczyć jego drogę w przyszłości.

Rakieta to zły pomysł

Gdy z obserwacji i obliczeń niezbicie wynika, że duży obiekt zderzy się z Ziemią... możemy tylko czekać. Nie mamy żadnej technologii, która mogłaby nas uratować. Niczego nigdy nie testowaliśmy. Brakuje nam nawet sensownych pomysłów. Wpakowanie np. głowicy jądrowej w nadlatujący obiekt wydaje się dobrym posunięciem. Ale jak tego dokonać? Planetoidy w kosmosie poruszają się wielokrotnie szybciej niż jakakolwiek nasza rakieta. Jeżeli obiekt jest daleko, nie da się z całą pewnością przewidzieć jego trajektorii. Wtedy strzelanie może być antyskuteczne. Łatwiej bowiem przewidywać trajektorię jednego obiektu niż chmury jego gruzów. Jeżeli astronomowie z powodu niedokładnych pomiarów nieznacznie pomylili się w obliczeniach, może się okazać, że kawał kosmicznej skały Ziemię ominie. Ale jeżeli wcześniej rozsadzimy go na kawałki, prawdopodobieństwo uderzenia w Ziemię jednego z nich jest znacznie większe. Możemy czekać, aż kurs kolizyjny zostanie potwierdzony. Tylko czy wtedy rakieta zdąży dolecieć do planetoidy? A nawet jeżeli tak, nawet jeżeli trafi i ją rozsadzi... to i tak niczego nie zmienia. W kierunku Ziemi zamiast jednej dużej planetoidy, będzie leciało kilka, kilkanaście mniejszych. Marne pocieszenie. Aby zmienić orbitę dużego obiektu, trzeba gigantycznej ilości energii. Niewielki obiekt, który niedawno rozpadł się nad Czelabińskiem, miał według różnych obliczeń energię od kilku do kilkunastu bomb jądrowych zrzuconych na Hiroszimę.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama