Samolot widmo

Samolot z 239 pasażerami na pokładzie znika z radarów, ale po kilkunastu godzinach okazuje się, że jego silniki działają, a maszyna zmieniła kurs. Po kilkunastu dniach dzięki danym satelitarnym okazuje się, że samolot najprawdopodobniej spadł do oceanu. Brak jednak na to bezpośrednich dowodów.

Reklama

Jedno warto chyba powiedzieć na samym początku. Samolot jest monitorowany na wiele różnych sposobów, ale tylko wtedy, gdy leci nad lądem. Wlatując nad ocean, liczba systemów śledzących czy wizualizujących drastycznie się kurczy. I wtedy naprawdę wiele może się stać.

Zniknął, choć wciąż leci

Przed kilkunastoma dniami samolot Malaysia Airlines zniknął z radarów właśnie wtedy, gdy wszedł w obszar o bardzo słabym pokryciu tzw. radarami pierwotnymi. Te działają jak radar klasyczny, to znaczy wysyłają w przestrzeń wiązkę fal, która odbija się od przeszkody i wraca do urządzenia odbiorczego. Lecący samolot może być takim obiektem, stąd widać go dość wyraźnie na monitorach znajdujących się w centrach kontroli lotów poszczególnych krajów. Radary pierwotne – albo inaczej aktywne – działają na lądzie i „wchodzą” w głąb morza czy oceanu na najwyżej kilkaset kilometrów. Innymi słowy samolot wlatujący nad ocean po godzinie lotu znajduje się na granicy obszaru „pełnego śledzenia”. Potem pozostają jedynie tzw. radary wtórne. Ich działanie opiera się z kolei na tym, że to samolot wysyła informacje o swojej pozycji, kierunku lotu oraz pakiet informacji, który pozwala go zidentyfikować. Ten system można jednak z pokładu samolotu wyłączyć albo przeprogramować. A wtedy albo samolot nie będzie widoczny wcale, albo system rozpozna go np. jako mały prywatny odrzutowiec. W obydwu wypadkach, póki maszyna znowu nie znajdzie się blisko brzegu, nie ma możliwości zweryfikowania podawanych przez samolot informacji. Eksperci lotniczy twierdzą, że przeprogramowanie systemu radaru nie jest skomplikowane. To tyle, jeżeli chodzi o systemy cywilne – nazwijmy je – oficjalne. Swoje niezależne systemy radarowe ma wojsko, każdy kawałek powierzchni planety jest także nieustannie obserwowany przez satelity szpiegowskie. Z oczywistych powodów trudno wiarygodnie określić zasięg tych systemów. Chociaż przy takich okazjach jak zniknięcie samolotu i prawie 240 osób czasami wojsko udostępnia niektóre swoje dane. A z nich wynika, że po zniknięciu z radarów cywilnych samolot zmienił kurs i leciał dalej przez przynajmniej godzinę. Co trzeba zrobić, żeby samolot „zniknął”? Żeby oszukać systemy radarowe, trzeba wyłączyć radar wtórny albo tak go przeprogramować, żeby ten pozwolił udawać ogromnemu boeingowi inny samolot. Żeby oszukać pozostałe systemy, piloci musieliby drastycznie obniżyć pułap, na jakim samolot się poruszał. Zwykle samoloty cywilne latają na wysokości ok. 10 tys. metrów. Ten, by być niezauważonym przez radary, musiałby lecieć na wysokości zaledwie kilkudziesięciu metrów nad taflą wody. Możliwe?

Piloci czy porywacze?

Jak najbardziej, ale podobno niełatwe. Wyjścia są dwa. Pierwsze to przeprogramowanie automatycznego pilota. Nie jest to podobno proste. Poza tym może oznaczać wysłanie komunikatu, który zostanie zarejestrowany przez stacje nasłuchowe. Wyjście drugie – zawsze można przejść na ręczne sterowanie maszyną. To oczywiście możliwe, tyle tylko, że bardzo uciążliwe. Utrzymanie tak ogromnej maszyny na tak niskim pułapie wymaga ogromnego skupienia i siły. I dochodzimy do kwestii pilotów. Najłatwiej fenomen znikającego samolotu wyjaśnić, zakładając, że obydwaj piloci współpracowali z porywaczami, albo sami byli inicjatorami porwania. Jeżeli nie oni, musiał zastąpić ich ktoś, kto bardzo dobrze zna się na lataniu takimi samolotami. Trudno powiedzieć, czy ktoś taki był na pokładzie samolotu, bo – jak się okazało po jego zniknięciu – kilku pasażerów do dzisiaj nie sposób zidentyfikować. To osoby posługujące się skradzionymi wiele miesięcy wcześniej paszportami. Jak można wejść na pokład samolotu międzynarodowego, pokazując paszport zarejestrowany w międzynarodowym systemie jako kradziony – do dzisiaj nie ma na to pytanie odpowiedzi. Ale wracając do pilotów. Za tym, że albo współpracowali z porywaczami, albo zostali natychmiast wyeliminowani, przemawia fakt, że procedury bezpieczeństwa wymagają od pilotów wprowadzenia specjalnego kodu wysyłanego przez samolot. Chodzi o SQUAWK, czyli numer identyfikacyjny, który w chwili porwania powinien był się zmienić na 7500. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Piloci nie raportowali o problemach technicznych, nie zgłaszali podejrzanych sytuacji, nie nadali sygnału SOS i nie zmienili numeru identyfikacyjnego. Po prostu zniknęli. Przynajmniej oficjalnie. O tym, że samolot nie spadł do wody jak kamień, świadczy fakt, że sygnały wysyłane przez niektóre jego urządzenia były rejestrowane przez systemy radarowe państw znajdujących się w obszarze poszukiwań. Poza tym silniki odrzutowe, które w samolocie były zainstalowane, wysyłają regularnie dane diagnostyczne. Te nie przestały napływać, mimo że samolotu na radarach już nie było. W jednej z telewizji informacyjnych doświadczony polski pilot powiedział, że w środowisku krąży informacja, jakoby na pokładzie zaginionego boeinga znajdował się cenny ładunek złota. Takiej sytuacji nie należy wykluczyć. Samoloty cywilne dość często przewożą tego typu towary. Oprócz ochrony, która często jest w cywilu i po prostu wtapia się w pasażerów, o cennych ładunkach wie także kapitan samolotu. Tyle tylko że nie dowiaduje się o tym kilka tygodni przed lotem, a najwyżej kilka godzin. Poza tym piloci, którzy lecieli samolotem, zostali skierowani do wspólnego lotu przypadkowo. Żaden z nich nie prosił o „przydział” kolegi. A to powoduje, że trudniej jest obronić tezę, że piloci byli w zmowie.

A co z pasażerami?

Podsumowując: samolotu nie ma, choć jego silniki pracowały nawet po tym, jak maszyna zniknęła z radarów. Piloci znali się, ale nie planowali wspólnego lotu i, co prawda, wiedzieli, że wiozą – oprócz pasażerów – jakiś szczególny ładunek, ale nie wiedzieli, co to jest. To oczywiście oficjalna informacja. Wszystko wskazuje więc na to, że samolot nie spadł do oceanu, gdy zniknął z radarów. Mógł więc zostać porwany. Bardzo doświadczona załoga mogła przeprogramować zarówno komputer wysyłający w świat informacje o locie, jak i autopilota. Jedynym celem takich zmian może być porwanie. Do teraz nikt się jednak do niego nie przyznał, a to oznacza, że raczej nie chodziło o politykę, tylko o wieziony samolotem ładunek (włączając w to porwanie konkretnej osoby). Jest też wyjście drugie. Samolot jednak wpadł do wody, ale nie wtedy, gdy zniknął z radarów, tylko znacznie później. Może lecąc tuż nad taflą wody, pilot popełnił jakiś błąd i samolot spadł? To wydaje się bardzo prawdopodobne. A na pewno bardziej niż uprowadzenie maszyny, zmylenie systemów radarowych, a następnie lądowanie gdzieś w dżungli. Dlaczego to niemożliwe? Bo duże boeingi pasażerskie nie potrafią lądować w dżungli. One potrzebują dłuuugiego pasa startowego. Taki, w szeroko rozumianej okolicy, jest tylko jeden. Ale należy do wojska i stacjonuje tam jednostka indyjskiej armii. Gdyby samolot tam wylądował, na pewno już o tym wiedzielibyśmy. Do kosza należy wrzucić historię, że cała jednostka wojskowa milczy jak zaklęta. Á propos milczenia. A co z pasażerami? Nie sposób w samolocie upilnować grupy 240-osobowej. Niezwykle trudno uwierzyć w to, że w czasie porwania nikt z pasażerów nie włączył ukradkiem telefonu komórkowego, albo innego urządzenia, które loguje się do sieci (tablet, GPS). Oczywiście sieci komórkowe działają tylko nad lądem, ale jeżeli samolot miał być porwany, to po to, by wylądować na jakimś lotnisku. Tymczasem z tego, co dzisiaj widomo, żaden z telefonów osób znajdujących się na pokładzie nie zalogował się do sieci. To może znaczyć, że albo samolot rozbił się, zanim doleciał do stałego lądu, albo telefony czy inne urządzenia elektroniczne zostały pasażerom odebrane. Ta ostatnia sytuacja jest dość trudna do wyobrażenia. Ilu porywaczy musiałoby być na pokładzie, żeby odebrać podróżującym wszystkie urządzenia elektroniczne w czasie na tyle krótkim, żeby żaden z nich nie zdążył ich uruchomić? No chyba, że pasażerowie nie stawiali żadnego oporu, nie buntowali się i... byli całkowicie posłuszni. Czy to w ogóle możliwe? Tak. Wtedy, gdy są nieprzytomni albo martwi. Do unieszkodliwienia pasażerów musiałoby dojść bardzo szybko. Więc albo samolot rzeczywiście się rozbił, albo piloci pasażerów uśpili, wtłaczając do klimatyzacji jakiś gaz nasenny. Teoretycznie możliwa jest jeszcze jedna sytuacja. Gdyby samolot szybko się wzniósł, a potem szybko zaczął opadać, wtedy pasażerowie mogliby stracić przytomność. Ale to samo mogłoby się stać z pilotami i ewentualnymi porywaczami.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama