Gumowe ucho

Kto i jak mógł podsłuchać ministrów i wysokich urzędników w czasie spotkania w restauracji? W zasadzie każdy, bo to nie jest trudne.

Reklama

Czułbym może nawet pewien rodzaj satysfakcji, gdyby się okazało, że podsłuchiwanie kluczowych z punktu widzenia bezpieczeństwa kraju ministrów i urzędników wymagało kosmicznej technologii. Gdyby się okazało, że obcy wywiad musiał stanąć na głowie, żeby założyć podsłuchy, a cała sprawa była z detalami rozpracowywana przez długie miesiące. Obawiam się jednak, że prawda jest bardziej banalna. Podsłuchiwani mogli być przez zwykły dyktafon przyklejony pod stołem.
 

Kto?

To pytanie, które zadają sobie dzisiaj chyba wszyscy. Co więcej, jeżeli podsłuchiwał lub podsłuchiwali profesjonaliści, najpewniej nigdy nie znajdziemy na nie odpowiedzi. Premier Donald Tusk skierował dyskusję nie na to, co jego ministrowie mówili podczas suto zakrapianej kolacji, tylko na to, jak to się stało, że zostali nagrani. Obydwa wątki wzbudzają równie dużo uzasadnionych emocji. Gdyby nagranie było jedno, gdyby miało miejsce tylko w jednym lokalu, można by przypuszczać, że dokonała tego jedna osoba. Ktoś sprytny, ktoś, komu zamarzył się łatwy zarobek. Dzisiaj wszystko wskazuje jednak, że nagrywanie polskich polityków i urzędników było skoordynowane przez... no właśnie. Komu mogło zależeć? Oj, bardzo wielu. Mogły to być obce służby. Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by wierzyć, że rządy naszych sojuszników i konkurentów nie podsłuchują. Skoro administracja USA podsłuchiwała kanclerz Niemiec Angelę Merkel, to tym bardziej ma pełny wgląd w to, co dzieje się w naszej polityce i gospodarce. Głównie chodzi o nasłuch elektroniczny, a więc o to, co dzieje się w świecie cyfrowym. Rozmowy telefoniczne, e-maile czy przesyłane siecią (nawet wewnętrzną) dokumenty. Rozmowy i spotkania także są monitorowane, tylko czy obcym służbom opłacałoby się ten proceder ujawniać? Tak, o ile gra jest warta świeczki, o ile ryzyko związane z ujawnieniem będzie mniejsze niż potencjalne zyski. Może chodzić o skompromitowanie kogoś konkretnego (np. odgrywającego ważną rolę w rozmowach z Rosją ministra spraw zagranicznych Sikorskiego), albo o destabilizację całego rządu.

A może prywatny biznes? Możliwe. Kilka miesięcy temu dwie ogromne korporacje zajmujące się dostarczaniem sprzętu i oprogramowania komputerowego, zostały oskarżone o korumpowanie polskich urzędników w czasie przetargów na informatyzację. Było to dla nich dość upokarzające, mogły więc chcieć się zemścić. Mówiąc o wątku biznesowym, wspomina się czasami także o mafii paliwowej albo węglowej, która z oczywistych względów mogła chcieć zemścić się i przy okazji pokazać swoje prawdziwe możliwości.

W końcu nasze własne służby. Od kilku lat wiadomo, że kolejni ministrowie nie panują nad nimi. Mówi o tym zresztą wprost minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz w czasie nagranej kolacji. „Nie bardzo mogę sobie pozwolić na głębokie reformy w służbie, od której dyskrecji zależy wiele istotnych decyzji w tym kraju, na kwartał przed wyborami, bo to jest samobójstwo” – żali się szefowi NBP Markowi Belce. Sienkiewicz przyznaje, że służby mu podległe mogą zbierać haki i nie ma zamiaru wchodzić im w paradę przed wyborami. W kontekście tych słów pytanie, czy pies macha ogonem, czy ogon psem wydaje się retoryczne. W czasie rozmowy minister Sienkiewicz wspomina także, że z prośbą o niereformowanie służb mu podległych zwracało się do niego wielu polityków.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama