Samoloty, które giną

Jak to możliwe, że w czasach, gdy prywatność jest towarem deficytowym, gdy dzięki technologiom cyfrowym każdemu można zajrzeć do kieszeni, bez śladu ginie samolot z setkami ludzi na pokładzie? Ostatnia katastrofa samolotu AirAsia znowu wzbudziła dyskusję na temat bezpieczeństwa lotów.

Reklama

Bezpieczeństwa, które – i to warto powiedzieć już na samym początku – jest bardzo wysokie. Samolot jest najbezpieczniejszym środkiem transportu. I być może także stąd wynika tak duże zainteresowanie medialne każdą lotniczą katastrofą. Drugim powodem jest pewnie to, że gdy ta już się zdarzy, zwykle giną jednocześnie dziesiątki ludzi. Co prawda codziennie znacznie więcej ludzi ginie w wypadkach samochodowych niż przez cały rok w katastrofach lotniczych, ale w przypadku tych pierwszych ofiary są „rozproszone” i bardziej anonimowe. W efekcie wykreowany zostaje nierzeczywisty obraz sytuacji, w którym samoloty są niebezpieczne.

Co więcej, w tym przypadku mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Mówi się bowiem, przy każdej możliwej okazji, że samoloty trzeba wyposażać w dodatkowe systemy bezpieczeństwa czy w urządzenia umożliwiające wymianę danych ziemia–powietrze non stop, po to, by latanie było jeszcze bezpieczniejsze. Tymczasem takie systemy nie są wdrażane, bo latanie już jest bardzo bezpieczne. Mogłoby oczywiście być jeszcze bezpieczniejsze. Ale tutaj wchodzimy na dość grząski grunt statystyki. Ile pieniędzy trzeba wyłożyć, by uratować potencjalnie życie pasażera samolotu? I czy taka inwestycja opłaca się? Zanim jednak o tym, kilka słów o samych katastrofach. Te zdarzają się rzadko. Rocznie na całym świecie jest zaledwie kilka dużych (a przez to głośnych) katastrof samolotów. Tymczasem każdego dnia rejsy odbywa ich kilkadziesiąt tysięcy. Tylko narodowy przewoźnik Niemiec, firma Lufthansa, obsługuje każdego dnia 3000 połączeń.

Wśród wszystkich katastrof bardzo niewielki procent kończy się... znakiem zapytania. Niezmiernie rzadko zdarza się, że samolot ginie bez śladu. Równie rzadko jego szczątki (część szczątków) zostają znalezione, ale przepadają czarne skrzynki. Takich przypadków – jak wynika ze statystyk, które organizacja Aviation Safety Network prowadzi od 1948 roku – w historii lotnictwa cywilnego jest zaledwie 100. Warto jednak dodać, że w tych statystykach są samoloty, które na pokład zabierają od 14 pasażerów, a nie tylko giganty, które zabierają ponad 100. Najwięcej zaginięć zdarzało się dawniej, z czasem takich przypadków jest coraz mniej.

Był samolot, nie ma samolotu

Ostatni samolot, który zniknął z radarów, to maszyna malezyjskiego taniego przewoźnika AirAsia. Kilka dni po jego zniknięciu zlokalizowano unoszące się na powierzchni oceanu szczątki. Do dzisiaj nie odnaleziono jednak czarnych skrzynek. Póki nie zostaną one otwarte, a ich nagrania przeanalizowane, nie dowiemy się, co stało się z samolotem. Baterie, które montowane są w czarnych skrzynkach, powodują, że nadajnik znajdujący się w nich będzie działał przez miesiąc. Jeżeli skrzynki nie zostaną namierzone do tego czasu, najpewniej nie zostaną nigdy odnalezione. Ale nawet tutaj zdarzają się wyjątki. W 2009 roku nad Atlantykiem zaginął samolot Air France lecący z Brazylii. Runął do oceanu, a jego czarne skrzynki odnaleziono dopiero po dwóch latach (choć pierwsze szczątki zlokalizowano zaledwie kilka dni po katastrofie). Gdyby tak się nie stało, do dzisiaj nie byłoby wiadomo, że zawiniły czujniki wysokości i prędkości. Zamarzły. Piloci otrzymywali błędne odczyty i w chmurze burzowej zaczęli podejmować nieprawidłowe decyzje. Przypadek znacznie nowszy to ten sprzed kilku miesięcy. Do dzisiaj nie wiadomo, co stało się z boeingiem linii Malaysia Airlines, który w marcu po prostu zniknął. Nie wiadomo, gdzie jest (był) i nie wiadomo, co się stało. Był samolot, nie ma samolotu. A wraz z nim 239 osób, które nim leciały. Z danych pośrednich wynika, że samolot leciał jeszcze długo po utracie łączności pilotów z ziemią. Takich przypadków jest zaledwie kilka. I nawet te po dłuższym czasie da się rozwiązać.

W 1972 r. zniknął z radarów samolot lecący z Montevideo, największego portu lotniczego w Urugwaju, do Santiago w Chile. Rozbił się o zbocze jednej z gór w Andach. Katastrofę przeżyły aż 33 osoby z 45. Sześć zmarło z powodu obrażeń, kolejnych 8 zginęło, gdy wrak samolotu przysypała lawina. Choć akcję poszukiwawczą rozpoczęto natychmiast, nie było wiadomo, gdzie samolotu szukać. Po 10 dniach poszukiwań zaprzestano. 19 rozbitków przeżyło w górach, we wraku samolotu, dwa miesiące, tylko dzięki temu, że... jedli tych, którzy zginęli. W końcu dwóch rozbitków zdecydowało się na wyjście w góry w poszukiwaniu pomocy. Udało im się dostać do wioski, z której wezwali pomoc.

Nie aż tak długo, bo 11 dni, przeżyła w amazońskiej dżungli nastolatka Juliane Koepcke, która wypadła na wysokości 3 kilometrów, przypięta do lotniczego fotela, gdy jej samolot rozerwał się w powietrzu na wiele kawałków. Także w tym przypadku ratownicy nie wiedzieli, gdzie samolotu szukać. Dziewczyna spadła na bujną roślinność, a jej jedynym obrażeniem był złamany obojczyk. Przez 11 dni sama wędrowała po dżungli, aż znaleźli ją Indianie.
 

Klient nasz pan

Opisane powyżej przypadki były bardzo głośne. Do dzisiaj powstało o nich i podobnych im katastrofach wiele filmów. Historia zna jednak przypadki, gdy samolot zaginął i do dzisiaj nie odnaleziono ani wraku maszyny, ani nawet jej szczątków. W 2003 r. skradziono z Luandy w Angoli samolot Boeing 727-223. Terroryści wyłączyli na pokładzie wszystkie urządzenia pomagające śledzić jego ruch (m.in. transponder). Gdy samolot wleciał nad Atlantyk, zniknął z radarów. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie jest.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama