Długi marsz

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tempo wyścigowi kosmicznemu narzucały USA i Związek Radziecki. Dzisiaj Rosja praktycznie się nie liczy, a na firmament wschodzą dwie nowe gwiazdy: Chiny i Indie.

Reklama

Rosja jest wciąż ważnym graczem, ale tylko dlatego, że odcina kupony od tego, czego dokonała w czasach ZSRR. Głównie chodzi o ciężkie rakiety, które dzisiaj jako jedyne są w stanie dostarczać ludzi i sprzęt na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Zadanie prestiżowe, ale na tle całej eksploracji kosmosu dość marginalne.
 

Rakiety przede wszystkim

Co z Europą? Wyścig kosmiczny w pewnym sensie jest synonimem wyścigu zbrojeń, jaki ruszył w powojennej historii świata. Ten wyścig miał szczególnie zawrotne tempo w przypadku technologii rakietowych. Amerykanie byli na lepszej pozycji, bo ich wywiad przejął praktycznie całe archiwa i większość ekspertów, którzy pracowali w czasie II wojny światowej dla nazistów. Kilka miesięcy po zakończeniu wojny ci sami ludzie, którzy budowali rakiety V1 i V2, pracowali już nad amerykańskim programem rakietowym.

Rosjanie wystartowali później i z gorszej pozycji, ale dość szybko nadrobili straty. Pierwszy satelita był radziecki, pierwszym człowiekiem w kosmosie był obywatel ZSRR. Ale to nie tak, że w tym czasie Amerykanie nic nie robili. Po prostu przyjęli inny model rozwoju. Moskwie bardziej zależało na propagandzie, Amerykanom na technologiach. Wystarczy dodać, że Związek Radziecki upadł głównie z powodu obciążeń finansowych, wynikających z morderczego wyścigu zbrojeń, jaki narzucili Amerykanie.

Europa także dość wcześnie rozpoczęła badania kosmiczne, ale one nie miały jednoznacznego podtekstu wojskowego. Chodziło o technologie, które europejskie firmy chciały rozwijać, chodziło o telekomunikację czy meteorologię, ale te dziedziny, choć niezbędne dla rozwoju nowoczesnej gospodarki, nie dają takiego napędu (by nie powiedzieć – trzymając się rakietowej terminologii – ciągu) jak współpraca z wojskiem. To w wojsku są prawdziwe pieniądze. Europejska Agencja Kosmiczna robi bardzo ciekawe badania, wysyła w kosmos bardzo zaawansowane sondy kosmiczne, ale nigdy nie była, i nigdy nie będzie, w tej dziedzinie liderem.

Szybko i tanio

Kilka lat temu było już jasne, że podupadająca technologicznie Rosja została w tyle, ale Ameryce wyrosła nowa konkurencja. Najpierw były nią Chiny. Teraz peleton doganiają Indie. W przypadku tych państw motywacja inwestowania w kosmos jest nieco inna niż w przypadku ZSRR i USA w czasach zimnej wojny. Owszem, także tutaj chodzi o wojsko, ale o inne technologie niż kiedyś. Teraz stawia się nie tylko na rozwój rakiet, ale przede wszystkim satelitów, w tym tych wojskowych. Mając rakietę zdolną do wyniesienia satelity na orbitę, mając know-how budowania samych satelitów, badanie naukowe kosmosu jest dość proste. Konkrety? Indie, bez większego rozgłosu, wystrzeliły ostatnio w kosmos bardzo dużą rakietę GSLV Mk3 (na zdjęciu). To na jej pokładzie na orbitę poleci pierwszy hinduski kosmonauta. Jeszcze kilkanaście lat temu nawet dla specjalistów perspektywa wysyłania przez Indie ludzi w przestrzeń była iście... kosmiczna. Skok, jaki w ciągu ostatnich lat był udziałem Hindusów, jest trudny do zrozumienia dla coraz bardziej zblazowanych „ludzi Zachodu”. Ten entuzjazm, który towarzyszył im kilkadziesiąt lat temu, dzisiaj prysł jak bańka mydlana. Zarówno Hindusi, jak i Chińczycy, dzięki energii i entuzjazmowi właśnie, dzisiaj robią kroki milowe.

Wracając jednak do konkretów. Wspomniana hinduska rakieta GSLV Mk3 wzbiła się w niebo w połowie grudnia zeszłego roku. Ważący prawie 650 ton i mierzący 50 metrów wysokości kolos na swoim szczycie miał zamontowaną makietę statku, którym w przyszłości w kosmos będą latali ludzie. Co ważne, z prestiżowego, ale przede wszystkim technologicznego punktu widzenia rakieta GSLV Mk3 jest w całości zbudowana i zaprojektowana w Indiach. Prace nad nią trwały zaledwie dziesięć lat. To naprawdę kosmiczne tempo.

Już kilka lat temu mniejsze rakiety z hinduskiego kosmodromu wynosiły satelity na orbity okołoziemskie. Oczywiście porażki się zdarzają. Ale te są wpisane w ryzyko. Tym bardziej że hinduski program kosmiczny nie należy do wysokobudżetowych. Hindusi wysyłają satelity, badają Księżyc i właśnie weszli do bardzo elitarnego grona państw, które mają technologię budowy ciężkich rakiet kosmicznych. Przy okazji robią to tanio. Jako przykład niech posłuży misja Mangalyaan, która kilkanaście miesięcy temu doleciała do Marsa. Indie, jako jedyny kraj, w pierwszej próbie dotarły do Czerwonej Planety. Pierwsze marsjańskie satelity wysyłane przez Rosjan czy Amerykanów chybiały celu, rozbijały się albo psuły. Ten sukces Hindusów nie byłby pewnie powszechnie komentowany, gdyby nie fakt, że statek Mangalyaan kosztował zaledwie 75 mln dolarów, podczas gdy analogiczne urządzenia wysyłane przez inne kosmiczne mocarstwa kosztowały wielokrotnie więcej. Więcej pieniędzy wydali producenci filmu o kosmosie pt. „Gravity” niż inżynierowie prawdziwej, niefilmowej misji, która po 10 miesiącach lotu dotarła do Marsa.

Indie mają przed sobą długą drogę, by dorównać Amerykanom, ale jeżeli tempo hinduskiego rozwoju zostanie utrzymane, nie minie wiele czasu, gdy Indie i USA będą mogły być wymieniane jednym tchem jako liderzy. Oczywiście jednym tchem razem z Chinami.
 

Wyścig bez końca

Chiny, sąsiad Indii z północy, w pewnym sensie są źródłem hinduskich sukcesów. Indie nigdy nie ukrywały, że chcą Chiny doganiać, a rywalizacja, konkurencja i niechęć do pozostawania w tyle są najlepszą motywacją do rozwoju. To właśnie narodowa duma i rywalizacja były siłą napędową szybkiego rozwoju technologii kosmicznych w czasie zimnej wojny.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Sklawin
    10.03.2015 08:18
    Oj panie redahtorku zanim coś napiszesz to wejdź na stronę rostec.ru
    Głupoty piszesz o jakiejs dominacji Indii w kosmosie. Może za 50-100 lat jak im Rosjanie pomogą. pozdrawiam
  • Tatrzański
    10.03.2015 13:01
    Pan redaktor powiela oficjalną rosyjską propagandę.

    Tak więc parę uzupełnień.
    Przy rosyjskim, a właściwie radzieckim programie rakietowym pracowali na początku, głównie niemieccy inżynierowie. W przeciwieństwie do Amerykanów, którzy nie ukrywali, że pracują dla niech Niemcy, Rosjanie prowadzili swoje programy w zamkniętych miastach (oficjalnie nieistniejących), a inżynierowie niemieccy traktowani byli, jako jeńcy wojenni i dla opinii publicznej pozostawali bezimienni.

    Amerykanie na początku przyjęli też inny cel, chodziło o zbudowanie samolotu kosmicznego (rozwijano pomysł inż. Sängera) i dopiero wyprzedzenie ich w wyścigu na orbitę przez ZSRR spowodowało, że wszelkie siły rzucono aby dogonić i w spektakularny sposób przegonić Rosjan, lądując na księżycu.

    Program ten zrealizowano klasycznymi rakietami odstawiając na jakiś czas samoloty kosmiczne w tło, choć stale i cierpliwie nad nimi pracowano i wreszcie w wystartowała wspaniała Columbia.

    Ach - mam nagranie tego startu transmitowanego przez Głos Ameryki, ze wszystkimi zakłóceniami, ale była radość, kiedy John Jung i Robert Crippen zameldowali, że są bezpieczni na orbicie… To wydawało się tak nierealne, tak odległe, że nie mogłem sobie wyobrazić, że moje dziecko 30 lat później, będzie mogło już nawet w ramach szkoły średniej, zrealizować projekt łączności z astronautami na stacji kosmicznej ISS i z nimi rozmawiać.

    Żaden księżycowy łazik rosyjski ani tym bardziej amerykański (bo ich nie było) nie rozbił się też podczas lądowania, a wykorzystanie przez Rosjan Lunochodów, było tylko maskowaniem niepowodzenia załogowych lotów na księżyc. Radzieckie rakiety księżycowe N1 zawiodły i nigdy nie udało im się pomyślnie wystartować. Podczas jednej z prób całkowicie zniszczona została wyrzutnia PU38. Szacuje się, że wtedy na Bajkonurze straciło życie ponad 70 osób. Seria nieudanych startów N1 w latach 1969 – 1972, spowodowała, że ZSRR zrezygnował z prób dostarczenia na powierzchni e księżyca kosmonauty. W rosyjskim programie tylko jedna osoba miała żądać na Księżycu. Niepowodzenie było utrzymywane w całkowiej tajemnicy przed opinią publiczną krajów demoludów. Ważąca 2735 ton N1, wynoszona była przez aż 30 (!!!) silników pierwszego stopnia, i to było przyczyną ciągłych kłopotów. W porównaniu, amerykański Saturn V w pierwszym stopniu posiadał jedynie 5, ale bardzo potężnych i technologicznie przewyższających rosyjskie silników.

    Niepowodzenie oficjalnie maskowano wyjaśnianiem, że ZSRR nigdy nie chciał ludzi na Księżycu. Postanowiono wykorzystać o opracowany dla N1 lądownik LK, zamieniając kabinę kosmonauty na człon powrotny próbnika gleby księżycowej(Łuna 16), a potem na platformie tej zamontowano łazika, opracowanego w Chimki pod Moskwą w fabryce Ławoczkina. W ten sposób Rosjanie zrealizowali program Łuna w ramach którego (Łuna 17 i 21) dostarczono zdalnie sterowane pojazdy Łunochod 1 i 2.


    Fieseler Fi 103, czyli słynny V1 nie był rakietą! To samosterujący samolot-pocisk napędzany silnikiem pulsacyjnym, pierwowzór współczesnych Tamahowk-ów. Wyrzucany był on z katapulty i aby lecieć do celu wykorzystywał napęd odrzutowy, ale utrzymywał się w powietrzu dzięki sile aerodynamicznej powstającej na powierzchniach nośnych – skrzydłach.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama