Ciemno to widzę

Choć jest jej znacznie więcej niż materii, która nas buduje, nie mamy pojęcia, czym jest. Ciemna materia to jedna z największych zagadek współczesnej nauki. Czyżby właśnie uchylała rąbka swojej tajemnicy?

Reklama

Gdyby zważyć cały wszechświat, okazałoby się, że wszystkie gwiazdy, planety, mgławice, komety, asteroidy... wszystkie te obiekty to zaledwie kilka procent masy całości. Przeważającą większość stanowiłyby nieznana forma materii i jeszcze bardziej tajemnicza forma energii.

Uparta dziewczyna

Co takiego tajemniczego może być w materii? Cóż, w tej, którą znamy – czyli tej zbudowanej z protonów, neutronów i elektronów – być może nic szczególnego. Problem polega na tym, że my nie mamy pojęcia, czy ciemna materia wygląda tak jak nasza, czy jest zbudowana tak jak nasza. Więcej, nie wiemy, czy obowiązują ją te same prawa przyrody co materię naszą. Naszą, czyli tę, z której jesteśmy zbudowani my i wszystko, co nas otacza. Patrząc w niebo, nawet jeżeli używamy największych teleskopów, nie widzimy ciemnej materii. Skąd zatem wiemy, że ona w ogóle istnieje? Z odpowiedzią na to pytanie wiąże się historia pewnej upartej młodej uczonej.

W 1970 roku doktorantka jednego z amerykańskich uniwersytetów, Vera Rubin, postanowiła zmierzyć prędkość gwiazd w standardowej galaktyce spiralnej. Badania nie zapowiadały się ciekawie, bo wiedza o tym, że gwiazdy w galaktyce spiralnej poruszają się jak woda w wirze, była wtedy powszechna. Uważano, że te gwiazdy, które znajdują się dalej od centrum galaktyki, powinny poruszać się wolniej niż te, które znajdują się bliżej jej środka. Verze odradzano zajmowanie się tym tematem. No bo w końcu po co robić pomiary, skoro wiadomo, jaki będzie ich wynik? Vera uparła się jednak, że chce swoje obserwacje przeprowadzić. I odkryła, że... niezależnie od odległości od centrum galaktyki gwiazdy mają taką samą prędkość. Ta jedna obserwacja zburzyła fundament, na którym stała wiedza o galaktykach.

Od teraz nic się nie zgadzało. Takie galaktyki nie miały prawa istnieć. A przecież istniały. Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwość, mógł spojrzeć przez teleskop. Próba wyjaśnienia tego fenomenu była jeszcze bardziej zaskakująca niż samo odkrycie. Nikt – z Verą Rubin włącznie – nie miał wątpliwości, że za ruch gwiazd w galaktyce odpowiedzialna jest grawitacja. Problem polegał na tym, że jej źródło główne znajduje się w centrum galaktyki. Tak przynajmniej myślano. Tymczasem Vera Rubin uznała, że centrum galaktyki wcale nie musi być jedynym miejscem silnie przyciągającym gwiazdy. Uznała, że pomiędzy gwiazdami musi być jakaś masa dodatkowa, taka, która nie świeci (i jej nie widać). To ona jest źródłem siły grawitacyjnej, która powoduje, że wszystkie gwiazdy w galaktyce mają taką samą prędkość. Jak taką masę sobie wyobrazić? Może jako chmurę niewidocznej dla nas materii, w której galaktyka jest zanurzona? Może gwiazdy na tej chmurze się unoszą, tak jak oka tłuszczu unoszą się na powierzchni rosołu?

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama