Gdzie się podziały tamte zimy?

Niewielu martwi ciepła zima. A powinniśmy sobie życzyć, by mrozy trwały przynajmniej trzy miesiące. Dlaczego?

Reklama

Klimat Pomorza zmienia się. Mówią o tym nie tylko skrupulatne wyliczenia badaczy, sami zauważamy duże i trwałe zmiany. Przestają nas dziwić ciepłe i niezbyt śnieżne zimy, a opowieściami o śniegu po pachy robimy wrażenie na najmłodszych.

Niebawem winobranie?

Skąd biorą się zmiany klimatu? Naukowcy przedstawiają różne przyczyny. Jedni odpowiedzialnością za globalne ocieplenie obciążają działalność człowieka, inni mówią, że to tylko naturalna fluktuacja klimatyczna w skali setek lat. Za przykład dają małą epokę lodową, która kilkaset lat temu nawiedziła półkulę północną. Istnieją zapiski mówiące o karczmach stawianych na Bałtyku, gdy morze zamarzło, tworząc grubą i stabilną pokrywę. Ucztować w nich mieli podróżnicy przeprawiający się przez Bałtyk saniami lub wręcz całe wojsko szwedzkie prące ku granicom Rzeczypospolitej. O to, ile w tym prawdy, a ile legendy, spory trwają. Jest jednak pewne, że kilkusetletnie ochłodzenie nastąpiło po okresie średniowiecznego ocieplenia. I tak, przez wieki, w kółko.

Trudno wyrokować, czy tendencja wyrażająca się przez ostatnie gorące suche lata oraz ciepłe zimy jest trwała, jednak nie da się zaprzeczyć, że do bezśnieżnych świąt Bożego Narodzenia zaczynamy się przyzwyczajać. Kto wie, może przyjdzie nam niebawem uprawiać winnice?

– Tysiąc lat temu na Pomorzu na stokach Świętej Góry Polanowskiej winorośl uprawiali cystersi. Gołym okiem tego nie widać, ale na mapach satelitarnych systemu LIDAR można zauważyć struktury, które mogły być tarasami winnic – powiedział Jacek Todys, nadleśniczy z Polanowa. Od kilku lat zauważa zmiany w leśnym ekosystemie spowodowane klimatem. Wieści nie są budujące. Jest bowiem za ciepło i za sucho.

Ulewa to za mało

– Ocieplenie jest faktem. Od kilkudziesięciu lat zauważamy wzrost średniej temperatury rocznej. Cieplejsze zimy i lata nie zdarzają się incydentalnie, lecz kilka lat pod rząd – mówi Jacek Todys.

Czym to skutkuje? Zimą brakiem mrozu i śniegu. A to niekorzystne zjawisko. – Większe zagrożenie płynie z małej ilości opadów śnieżnych. Śnieg jest potrzebny, uzupełnia niedobór wody. Polska jest wbrew pozorom obszarem o stosunkowo niewielkich opadach, średnie wynoszą ok. 550 mm, z czego w sezonie wegetacyjnym spada tylko połowa. To niedużo w porównaniu do naszych najbliższych sąsiadów, na przykład Niemiec.

Po co śnieg? Pokrywa śnieżna leży na ziemi przez kilka miesięcy. Nie jest nawet istotne to, czy jej grubość wynosi pół czy cały metr. Ważna jest szybkość topnienia. Śnieg roztapiający się powoli uzupełnia zbiorniki i cieki wodne stopniowo. O to chodzi, bo one potem będą oddawały tę wodę ziemi przez długi czas. Deszcz również nawadnia, ale jeśli jest ulewny, to w niewielkim stopniu. Nie wnika głęboko w glebę, ale spływa ku rzekom. To nie wystarcza.

Korniki niszczą… gospodarkę

W minione lato bywalcom jezior nie umknął fakt, że na wielu plażach zrobiło się luźniej. I to wcale nie dlatego, że opalało się na nich mniej letników. Plaże się poszerzyły, bo woda akwenów się cofnęła, w niektórych przypadkach o kilka metrów. Winne są ubogie w deszcz lata. Poziom wód gruntowych obniżył się o pół metra, a nawet metr. Według leśnika nie ma to większego znaczenia dla drzew zakorzenionych głęboko, sosny, dębu, buka. – Ale świerk zachowuje się fatalnie. Rośnie na glebach płytkich, ostatnie zimy mu nie sprzyjają. Ma mniej wody, a tym samym mniej siły, by bronić się przed inwazją kornika. Świerk jest w regresie, dotyczy to nie tylko Pomorza, ale całej Polski.

Dlaczego to martwi? Nie tylko ze względu na pejzaż, choć kierowcy mijający lasy coraz częściej widzą wycięte całe połacie lasu, tzw. zręby sanitarne, mające zapobiec przenoszeniu się szkodników na zdrowy drzewostan. Las to cały ekosystem. Z nami, ludźmi, włącznie. Wpływa na gospodarkę, przemysł, miejsca pracy.

W Nadleśnictwie Polanów jedna czwarta pozyskanego w 2015 r. drewna, w tym 20 tys. metrów świerka, to drewno martwe, słabej jakości. Ponadto usunięte z konieczności jako zbyt młode, nie zdążyło osiągnąć optymalnych rozmiarów produkcyjnych. – To powoduje komplikacje na rynku drzewnym. Przemysł nie jest zainteresowany taką jakością – wyjaśnia nadleśniczy.

Eldorado dzików

Naukowcy przewidują, że ocieplenie klimatu zmieni lasy. Nie tylko jedne gatunki drzew ustąpią miejsca innym, ale ich produkcyjność i trwałość może gwałtownie się załamać. Lasy górskie mogą stracić nawet 60 proc. gatunków. Ponadto latem wzrost temperatury grozi większą ilością pożarów. Długa, mokra jesień to rozmiękczone gleby, co w połączeniu z osłabieniem drzew zwiększa wrażliwość lasów na wiatry. Zimowy mróz przestanie być naturalnym regulatorem nie tylko ilości owadów, ale także pogłowia zwierząt roślinożernych. Już teraz obserwuje się zbyt liczne występowanie dzika. Szkody przez niego poczynione są duże. Dziki, których rozród przestał być regulowany przez mroźne zimy, podczas których wymierała duża część miotów styczniowych, pochodzących z wczesnej, letniej godowej huczki, rozmnożyły się nad miarę. Niszczą nie tylko lasy, w których żyją, ale podchodzą też pod siedliska ludzkie, pustosząc pola i przydomowe ogrody. Kilka lat temu, oswojone początkowo przez mieszkańców Żydowa, wdarły się nawet na cmentarz. – Nie wolno dokarmiać zwierząt w pobliżu budynków – przestrzega J. Todys. – To niedopuszczalne, dzik to zwierzę inteligentne, szybko się przyzwyczai, że ma gdzieś żer. Poza tym traci lęk przed człowiekiem i nie boi się wejść w pobliże zabudowań, gdzie nigdy nie spotyka go nic złego, bo według przepisów myśliwy nie może polować bliżej niż 200 m od budynku. Dzik czuje się bezpiecznie. Można go najwyżej przegonić lub odłowić, czym zajmuje się Polski Związek Łowiecki. Zarazem liczba miejsc w odłowni jest ograniczona. No i wszystkich odłowić się nie da.

Skutecznym sposobem regulacji pogłowia, gdy nie idzie nam w sukurs pogoda, jest kontrolowany odstrzał. Ale i z tym nie jest łatwo. Dawniej dziki żerowały na otwartych terenach. Myśliwi bez trudu mogli na nie polować i to w taki sposób, aby zwierząt nie męczyć, lecz położyć celnym strzałem. Obecnie na przeszkodzie stoją zmiany w produkcji rolnej. – Kiedyś pracowało się na małych fragmentach ziemi, dzisiaj zasiewa się wielkie obszary. Jeszcze 25 lat temu kukurydzą obsiewało się w Polsce pojedyncze hektary, obecnie niemal 2 mln – wyjaśnia nadleśniczy. Co to oznacza dla zwierzyny? 2 mln hektarów ostoi. – Tu czuje się bezpieczna, niewidoczna, ma żer, a jeśli jeszcze trafi się tam małe oczko wodne, to przez pół roku może z pola kukurydzy nie wychodzić. Myśliwy nie jest w stanie tam polować. Żaden się nie odważy, w kukurydzę nie wejdzie. Podobnie z rzepakiem. Stwarza to problemy w gospodarce łowieckiej.

Jelenie zmieniają dietę

Kłopotem jest w lasach wysokie pogłowie zwierząt parzystokopytnych. Na przykład jelenie zabrały się za buki. Od kilku lat polanowscy leśnicy obserwują intensywne spałowanie, czyli obdarcie buka z kory. Jelenie, podobnie jak sarny, zazwyczaj pobierają całą wodę w pokarmie. Ale gdy jest zbyt sucho… – Buk do niedawna uchodził za drzewo bardzo odporne na szkody – wyjaśnia J. Todys. – Wydawało się, że kiedy osiągnie 3–4 metry, nic mu już nie grozi. To się zmieniło. Od kilku lat intensywnie obdzierają je jelenie. Jedną z teorii, dlaczego zmieniły upodobania i nagle zaczęły interesować się bukiem, jest niedobór wody. Jest to o tyle duży problem, że stawiamy sobie pytania o dalszą przydatność hodowlaną drzewostanu buka – czy tych dwudziestoletnich drzew nie powinniśmy wyciąć i posadzić w ich miejsce młodych.

Zmiany klimatyczne szkodzą bukom także bezpośrednio. – Buk jest gatunkiem, który owocuje raz na 8–10 lat. Już drugi rok pod rząd intensywnie kwitł, ale nie owocował. Susza spowodowała, że zrzucił kwiecie. Zebraliśmy w tym roku jedynie 5 kg orzeszków bukowych, i to słabej jakości. A powinniśmy 400–500 kg. Nie jest dobrze.

Co robić?

Klimat to żywioł. Czy wobec tego człowiek ma szansę przeciwdziałać jego niszczycielskim skutkom? W pewnym zakresie – owszem. Tworzone są odpowiednie strategie. Proponuje się zwiększenie lesistości, różnicowanie drzewostanów, w miejsce sztucznej selekcji wykorzystanie cech przystosowawczych drzew. Jedną z propozycji są programy nawadniające.

– Od 2007 roku budujemy zbiorniki retencyjne w lesie. W naszym nadleśnictwie mamy ich kilkanaście. Tworzymy je po to, by zatrzymać wodę na pewnym obszarze. To ważne, by nie spływała zbyt szybko, lecz nawadniała i parowała – wyjaśnia J. Todys. Zbiorniki pokazują zarazem gorzką prawdę – jak duży jest deficyt leśnej wody. Niektóre już kolejny sezon nie zdołały się napełnić i stoją puste. – W zbiorniku retencyjnym nr 1, leżącym na terenie Nadleśnictwa Puławy, powinny być 2 metry wody. To zatrzymałoby w tej części lasu ponad 4 tys. metrów sześciennych wody. Ale tej wody brak – ubolewa nadleśniczy.

I śniegu brak. Zanim więc doczekamy wakacji, życzmy sobie prawdziwej zimy. Takiej przez trzy miesiące.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| NAUKA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama