Transport przyszłości

Choć dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne, nieco ponad 100 lat temu w takich miastach jak Londyn, Paryż czy Nowy Jork poważnie obawiano się, że miasto zostanie – dosłownie – zasypane przez końskie odchody.

Reklama

Problem był realny, bo Londyn na przełomie XIX i XX wieku był szybko rozwijającą się światową metropolią. Duże miasto nie jest w stanie obejść się bez sprawnej komunikacji. Toteż w Londynie, ale także w Paryżu, Wiedniu, Rzymie, Berlinie czy Nowym Jorku, ulice były zakorkowane pojazdami ciągniętymi przez konie. A konie – wiadomo – nie tylko jedzą, ale także wydalają. Z jedzeniem spożywanym przez tak ogromną liczbę zwierząt był problem, ale wydalanie stanowiło istny horror. Końskie łajno – oczywista oczywistość – nie pachnie fiołkami. W upalny letni dzień życie w miastach stawało się nie do wytrzymania.

Rewolucja na czterech kołach

Odchodów było tak dużo, że – pomijając kwestie estetyczne czy epidemiologiczne – niesprzątane, uniemożliwiały transport drogowy. Z każdym rokiem sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna, bo wraz z rozrastaniem się miasta nie tylko pojazdów, ale i koni było coraz więcej.

W 1894 r. autor jednego z artykułów opublikowanych w londyńskim dzienniku „Times” prognozował, że za pięćdziesiąt lat każda większa ulica w stolicy Wielkiej Brytanii zostanie przykryta trzema metrami końskiego łajna. W Nowym Jorku – przewidywano – nawóz miał sięgać drugiego piętra domów na Manhattanie. Do takiej sytuacji oczywiście nigdy nie doszło, bo pojawiły się samochody. Kilkadziesiąt lat po opublikowaniu tych katastroficznych wizji nikt o koniach w mieście nie pamiętał. Ulice, owszem, korkowały się dalej, zanieczyszczenie wciąż było problemem, ale tym razem chodziło o zanieczyszczenie powietrza, a nie jezdni. I znowu pojawili się futurolodzy, którzy wieszczyli dramat, tragedię i horror. Ale zanim on nastąpił, pojawiły się samochody z katalizatorami. Jedno auto bez katalizatora truje tak, jak kilkadziesiąt samochodów w niego wyposażonych.

Dzisiaj mamy do czynienia z kolejną rewolucją na czterech kołach. Samochody coraz częściej są hybrydowe (czyli częściowo spalinowe, częściowo elektryczne) albo elektryczne. Te drugie energię elektryczną mogą czerpać z akumulatorów albo z ogniwa paliwowego, które jest zasilane wodorem. Która z tych konstrukcji będzie dominować w przyszłości? Nie wiadomo. To zależy od wielu czynników, których nie da się przewidzieć. Jednym z takich czynników są ceny paliw tradycyjnych. Przed trzema laty prognozowano, że będą rosły, a tymczasem okazuje się, że cały czas spadają. W takich warunkach na nowe rozwiązania (np. samochody elektryczne) pieniądze będą wydawali tylko najbogatsi i ci najbardziej uświadomieni. Jakkolwiek genialny byłby wynalazek, zyska popularność tylko wtedy, gdy korzystający będzie miał z niego realny pożytek. Szpanowanie gadżetami to domena bogatych, a nie większych mas. Z kolei żeby jakieś rozwiązanie mogło być nazwane rewolucyjnym, musi być masowe. Masowe znaczy tanie, a tanie znaczy powszechne. To zamknięte koło. Najlepszym przykładem, jak trudno do tego okręgu wejść, jest elektryczny pojazd dwukołowy Segway.

Rewolucje, których nie było

Kilka lat temu świat obiegła elektryzująca informacja, że w USA powstaje rewolucyjny środek transportu. Rozpowszechnianie tej wieści musiało być kontrolowane przez jakąś dobrą agencję PR-ową, bo do dzisiaj historia ­segwaya może być przedstawiana jako przykład tzw. grzania tematu. Przez kilka tygodni było tylko wiadomo, że rewolucja jest już za rogiem. Potem były (kontrolowane?) przecieki z biura patentowego. Wypływały z niego szkice, które równie dobrze mogły być planami międzygalaktycznego statku kosmicznego czy dziecięcej zabawki. Podejrzewano urządzenie latające, lewitujące, a nawet teleportujące (przy okazji – teleportacja nie jest wykluczona przez żadne znane prawo fizyki). W końcu w błyskach fleszy pokazano dwukołowy elektryczny pojazd. Jest ładny, oryginalny i innowacyjny. Pojazd ma system żyroskopowy, który utrzymuje go w pionie, a sterowanie nim ogranicza się do intuicyjnych ruchów, takich jak przełożenie ciężaru na lewą czy prawą nogę albo pochylenie się do przodu (wtedy przyspieszamy) lub do tyłu (wtedy zwalniamy). Niestety, coś, co miało zrewolucjonizować ruch miejski, jest też bardzo drogie. To powoduje, że segway jest elitarny, a to z kolei oznacza, że nie może – z zasady – być rewolucją. Dzisiaj segwaye można zobaczyć na lotniskach, w parkach czy centrach handlowych. Korzystają z nich służby porządkowe, a czasami nawet kurierzy. Ale rewolucji nie spowodowały i już nie spowodują. To przykład jednego z wielu gadżetów, przed którymi nie ma przyszłości (w rozumieniu masowej produkcji).

Podobny los spotkał nie tylko elektryczną hulajnogę, ale także np. indywidualne plecaki odrzutowe. Niejeden scenarzysta filmowy wieszczył im ogromny sukces. Owszem, istnieją, ale nie są powszechnie używane. Bo są drogie, bo nie dają dużego zasięgu, bo są duże i nieporęczne. W przeszłości podobny los spotkał auta ze skrzydłami czy samochód napędzany z małego reaktora atomowego. To, że na papierze coś wygląda dobrze, że z wyliczeń wynika, iż będzie ekonomiczne, nie oznacza jeszcze, że w realnym świecie zawsze zyska popularność.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama