Broń na chłoniaka

W naszym kraju co roku odnotowuje się 7,5 tys. nowych zachorowań na chłoniaki. Niestety, polscy pacjenci nie mają dostępu do najnowocześniejszych metod leczenia niektórych odmian tego nowotworu.

Reklama

Objawy mogą być mylące, często sugerują zwykłą infekcję – mówi GN dr Monika Długosz-Danecka, hematolog z Oddziału Klinicznego Hematologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Lekarz tłumaczy, że pierwszemu etapowi choroby najczęściej towarzyszą niespecyficzne dolegliwości, takie jak osłabienie, infekcja dróg oddechowych, suchy kaszel, stan podgorączkowy, nocne poty, spadek masy ciała czy świąd skóry.

Charakterystyczne dla chłoniaka są także powiększone węzły chłonne: na szyi, pod pachą, w pachwinie lub w okolicach nadobojcza. To pierwszy sygnał, który powinien zwrócić uwagę nie tylko pacjenta, ale także lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. – Jeżeli zjawia się u niego osoba z utrzymującym się od dwóch tygodni powiększeniem węzłów chłonnych, to nie należy tego leczyć antybiotykami czy tylko obserwować, ale od razu skierować na badania – przekonuje hematolog.

Czym jest chłoniak? Nowotworem układu chłonnego, charakteryzującym się niekontrolowanym rozrostem białych krwinek, które w zdrowym organizmie wspomagają go w walce z infekcjami. W Polsce, pod względem częstotliwości występowania, nowotwór zajmuje niechlubne 6. miejsce u mężczyzn oraz 7. u kobiet. Chociaż statystyki wyglądają nie najlepiej, okazuje się jednak, że z niektórymi odmianami chłoniaka można skutecznie walczyć.

W ostatnich latach, dzięki rozwojowi hematoonkologii, nastąpił przełom m.in. w leczeniu chłoniaka Hodgkina. Na lepsze czasy ciągle czekają jednak pacjenci cierpiący na nawracającego lub opornego na leczenie chłoniaka rozlanego z dużych komórek B. W skali kraju takich osób jest ok. 300, nie mają one dostępu do skutecznych metod leczenia. – Z punktu widzenia pacjenta onkologicznego oczekiwałabym refundacji skutecznej terapii – mówi dr Długosz-Danecka. Jej zdaniem optymalnym rozwiązaniem byłby rekomendowany przez Europejską Agencję Leków (EMA) i brytyjską agencję NICE piksantron.

Chemią w chłoniaka

Aż 80 proc. chorych na agresywne odmiany chłoniaka cierpi na DLBCL (chłoniaka rozlanego z dużych komórek B). Według danych Polskiej Grupy Badawczej z tym typem nowotworu zmaga się 22 proc. wszystkich pacjentów, u których zdiagnozowano nowotwór układu chłonnego. To w zdecydowanej większości osoby, które przekroczyły 60. rok życia.

Wśród prawdopodobnych czynników ryzyka zachorowań wymienia się: promieniowanie jonizujące, farby, lakiery, pestycydy, herbicydy, środki ochrony roślin, choroby wirusowe itd. – Tak naprawdę trudno jest uchwycić czynnik etiologiczny. Często nie wiemy, co zapoczątkowało mutację i rozrost nowotworu – przyznaje dr Długosz-Danecka. Hematolog podkreśla, że w przypadku jakichkolwiek podejrzeń choroby lekarz powinien zlecić wykonanie badania histopatologicznego węzła chłonnego. Pomocne w diagnozie mogą być także badania krwi oraz szpiku kostnego. Często jest jednak tak, że jeśli pacjenta nic nie boli, to nie zgłasza się do lekarza. – Warto pamiętać, że w stadium początkowym praktycznie każdego nowotworu ból zazwyczaj nie występuje, pojawia się dopiero później – przypomina doktor.

W walce z chłoniakami wykorzystuje się radioterapię i chemioterapię. W przypadku DLBCL konieczna jest immunochemioterapia (R-CHOP), będąca połączeniem klasycznej chemioterapii z podawaniem choremu przeciwciał monoklonalnych. Taka metoda leczenia, finansowana przez NFZ, jest skuteczna w przypadku ok. 60–70 proc. pacjentów. Pozostali doświadczają jednak nawrotu choroby: DLBCL, siejący spustoszenie w ich organizmie, okazuje się oporny na leczenie. Wtedy trzeba zwiększyć dawkę immunochemioterapii. Jeśli to działanie okaże się skuteczne, może być przepustką do przeszczepienia szpiku kostnego. Warunkiem kontynuowania leczenia jest jednak dobra forma pacjenta. Doświadczenia lekarzy pokazują bowiem, że terapia jest niebezpieczna dla starszych osób, często cierpiących również na schorzenia układu sercowo-naczyniowego lub na cukrzycę. – W polskich realiach takim chorym, poza opieką paliatywną, nie mamy praktycznie nic do zaproponowania. Możemy próbować zaleczyć chorobę, ale ona i tak wróci ze zdwojoną siłą – mówi dr Długosz-Danecka. Wyjściem z tej sytuacji mogłyby być dostępne na Zachodzie inhibitory kinaz. Jednak ze względu na ograniczone możliwości finansowe w naszym kraju są zupełnie nieosiągalne. Na szczęście istnieje inne rozwiązanie, cenowo porównywalne do powszechnie stosowanej w Polsce chemioterapii.

Tanio i skutecznie

– Piksantron to nowa antracyklina, która w przeciwieństwie do doksorubicyny, leku bazowego w chemioterapii, jest pozbawiona działań kardiotoksycznych, czyli szkodliwych dla układu sercowo-naczyniowego – tłumaczy hematolog. Ze względu na wyjątkowe właściwości lek może być stosowany nawet w trzecim lub czwartym nawrocie nowotworu przez pacjentów, którzy dodatkowo zmagają się z chorobami układu krążenia. Kuracja trwa maksymalnie pół roku. Składa się na nią sześć 28-dniowych cykli, powtarzanych co tydzień przez trzy tygodnie, z 7-dniową przerwą. Dr Długosz-Danecka zapewnia, że pacjenci dobrze tolerują lek. Jedynym powikłaniem są spadki liczby granulocytów, typowe także dla chemioterapii. – Radzimy sobie z tym, podnosząc ich liczbę w organizmie pacjenta – tłumaczy lekarz. Niektórych może zaniepokoić będąca konsekwencją terapii niebieska barwa skóry oraz wypadanie włosów. Specjaliści podkreślają jednak, że wszystkie skutki uboczne znikają po zakończeniu leczenia.

Specjaliści z Committee for Medicinal Products for Human Use (CHMP) stwierdzili, że leczenie piksantronem jest skuteczniejsze od innych terapii przeciwnowotworowych. Potwierdzają to badania kliniczne z udziałem 140 pacjentów leczonych tym specyfikiem. Pokazały one poprawę czasu przeżycia wolnego od progresji choroby: chorzy osiągnęli długotrwałe lub nawet całkowite remisje nowotworu. Większości z nich wystarczyły cztery miesiące terapii.

Piksantron jest lekiem refundowanym w 13 krajach UE, także tam, gdzie PKB wcale nie jest wyższe od naszego, m.in. na Słowacji i w Grecji. – Terapia ta nie jest droga. Leczenie powinno być zagwarantowane przez państwo – nie ma wątpliwości dr Długosz-Danecka. Hematolog dodaje, że koszt terapii nowymi, wykorzystywanymi już w Unii Europejskiej środkami byłby kilkanaście razy wyższy, ponieważ w przypadku pozytywnej odpowiedzi organizmu kurację należałoby kontynuować do końca życia. Piksantron wystarczy stosować tylko przez kilka miesięcy. Nie ulega wątpliwości, że pod względem kosztów to najbardziej opłacalna dla Polski metoda leczenia pacjentów z DLBCL.

Nadzieja dla wybrańców

Pomimo braku refundacji terapia piksantronem była już z powodzeniem stosowana w Polsce. – W ramach badania klinicznego oraz daru od jednej z firm mieliśmy możliwość leczenia kilku osób tym lekiem – mówi hematolog. Lekarz wspomina pacjenta z Krakowa, którego organizm nie zareagował na leczenie tradycyjną chemioterapią. Po zastosowaniu piksantronu udało się u niego doprowadzić do remisji nowotworu. Podobnie było w przypadku leczonego w Gdyni 49-latka. Pacjent, prowadzony przez prof. Jana Zauchę, dzięki piksantronowi został doprowadzony do przeszczepu szpiku. Obecnie ma bardzo duże szanse na trwałe wyleczenie z choroby i dalsze normalne funkcjonowanie. Pomimo zadowalających efektów pozostali pacjenci z DLBCL nie mają szans na dostęp do terapii. Ostatnią nadzieją jest zakwalifikowanie się do badania klinicznego, ale to tylko los wybrańców.

Doktor Długosz-Danecka podkreśla, że środowisko medyczne stara się przekonać państwo do refundacji nowych metod terapii dla osób z wielokrotnie nawracającym lub opornym na leczenie nieziarniczym chłoniakiem z komórek B. W tej sprawie aktywnie działają także organizacje pacjentów. Za sprawą internetu wzrasta świadomość dotycząca nowych możliwości, które daje współczesna medycyna. – Dla chorych coraz bardziej frustrujący jest fakt, że nasz sąsiad Słowak może być leczony, a Polak już nie – mówi hematolog.

Nieleczony DLBCL to dla pacjenta wyrok śmierci. Na pozytywną decyzję w sprawie refundacji czekają chorzy oraz ich bliscy, ale także lekarze, którzy bez dostępu do nowej metody terapii nie mogą pomóc swoim pacjentom. Dr Długosz-Danecka wierzy, że państwo stanie na wysokości zadania i zadba o los chorych. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama