To nie było grzeczne lądowanie

Dokładnie 40 lat temu człowiek postawił nogę na Księżycu. Dzisiaj, analizując na chłodno misję Apollo 11, można stwierdzić, że albo to była komedia pomyłek, albo cud boski, że nie doszło do tragedii. .:::::.

Reklama

Lądowanie człowieka na Księżycu miało miejsce 20 lipca 1969 roku. Ale historia tego programu rozpoczęła się dużo wcześniej. Przyciśnięty do ściany przez szybkie postępy Rosjan w kosmosie amerykański prezydent John F. Kennedy w 1961 roku obiecał, że do końca dekady człowiek (czyt. Amerykanin) postawi nogę na Księżycu.

16 lipca 1969 roku o godzinie 13.32 z Centrum Lotów Kosmicznych na Przylądku Canaveral w kierunku Księżyca wystartowała ogromna rakieta Saturn V. Na jej czubku była kapsuła, a w niej trzech astronautów (termin „kosmonauci” został zarezerwowany przez Rosjan), Neil Armstrong, Michael Collins i Edwin Aldrin.

Start i lot

Do zdobycia Księżyca w ogóle by nie doszło, albo stałoby się to dużo później, gdyby Amerykanie po II wojnie światowej nie pozyskali do współpracy nazistowskiego zbrodniarza Wernhera von Brauna. To on w III Rzeszy nadzorował projekt budowy rakiet V1 i V2, które miały dać zwycięstwo Hitlerowi. Inżynierowie von Brauna nie zdążyli. W ówczesnym świecie nie było jednak nikogo, kto o rakietach wiedziałby więcej niż oni. Zdawali sobie z tego sprawę i Rosjanie, i Amerykanie. Inżynierów udało się jednak pozyskać tym drugim. To w dużym stopniu dzięki tym, którzy konstruowali rakiety w czasie wojny, udało się zbudować ogromną rakietę Saturn V. Mierzyła 111 metrów i ważyła 3 tys. ton. Gdyby eksplodowała w czasie startu, kawałki o masie 50 kilogramów mogłyby zostać rozrzucone w promieniu nawet 5 kilometrów. Dlatego NASA postanowiła ustawić trybunę dla gości honorowych w odległości 5,5 km od platformy startowej.
Załogowa misja na Księżyc była zwycięstwem polityków i lobby wojskowego. Naukowcy chcieli kosmos badać robotami. Zanim człowiek zrobił „mały krok”, na Księżycu bywały już roboty. Dla wojskowych, dla pilotów oblatywaczy, którzy byli pierwszymi astronautami, nie do pomyślenia było jednak to, że zdobywanie obcych globów będzie należało do maszyn. Dodatkowo politycy chcieli przyłożyć ZSRR. Amerykanie zostali przez Rosjan upokorzeni, bo pierwsi wysłali na orbitę sztucznego satelitę, pierwsi wysłali w kosmos żywe stworzenie, w końcu pierwszy człowiek na orbicie też był obywatelem Kraju Rad. Odpowiedź miała być mocna. Pierwszy krok, amerykańska flaga, okolicznościowe przemówienie, transmisja TV. To miało robić ogromne wrażenie.

Niestety, wysyłanie ludzi na Księżyc jest okropnie skomplikowane. Nawet dzisiaj. Lądownik musi być większy. Cięższy. Sporo miejsca musi w nim zajmować aparatura podtrzymująca odpowiednie warunki we wnętrzu kapsuły. Człowiek musi jeść, musi załatwiać potrzeby fizjologiczne. Czasami czuje się zmęczony, znacznie częściej niż maszyny się myli. I, co najważniejsze, nie jest odporny na stres. Kapsuła musiała być też lepiej wytłumiona, osiadać łagodniej na powierzchni… Ilość komplikacji wraz z wpuszczeniem człowieka na pokład była ogromna. Wyzwanie zdecydowano jednak podjąć. Kalkulacja polityczna, ot co.
W kapsule zabrakło miejsca na baniaki z wodą. Załoga uzyskiwała ją jako produkt „spalania” wodoru w ogniwach paliwowych. Niestety, na samym początku misji popsuty był filtr, który w ten sposób uzyskaną ciecz miał oczyszczać. W efekcie astronauci przez całą misję pili spienioną i mętną zawiesinę. Kłopotem kolejnym było załatwianie potrzeb fizjologicznych w zerowej grawitacji. Gdy do tego dodać paczkowane jedzenie i stres, nie dziwi, że w ciągu pierwszych kilku godzin lotu wszyscy zaczęli cierpieć na kłopoty żołądkowe. Do końca trwania misji prawie cała załoga zażywała lekarstwa przeciwko biegunce. Akurat ta niedyspozycja w kosmosie jest szczególnie uciążliwa.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama