Dziecko ratunkowe

We Francji urodziło się pierwsze dziecko-lekarstwo. Wiadomość przedostała się do opinii publicznej, kiedy parlament rozpoczął debatę nad nowelizacją ustawy bioetycznej.

Reklama

Doniesienia o nowelizacji ustaw bioetycznych w Europie, z perspektywy chrześcijańskiej, brzmią czasem jak z obcej planety. Można też odnieść wrażenie, jakby zachłyśnięta postępami nauki ludzkość, pędząca na pokładzie samolotu „in vitro”, nie przejmowała się ani celem podróży, ani tym, czy leci z nią dziecko. Gołym okiem widać, że zmierza ku katastrofie.

Ulepszanie przez pogorszenie
Od 1994 r., czyli od daty wejścia pierwszej ustawy legalizującej sztuczną prokreację we Francji, zapisy dotyczące in vitro „ulepszano” kilkakrotnie, zgodnie z art. 40 ustawy, by „wobec osiągnięć nauki prawo rewidować nie rzadziej niż co pięć lat” (zapis ten zniknie, w myśl słusznej argumentacji, iż de facto jest prawem autodestrukcyjnym). I tak kolejno zezwalano na handel oocytami, spermą, na ograniczoną selekcję genetyczną embrionów. Teraz pojawiła się propozycja, by udostępnić in vitro lesbijkom. Choć, jak sugeruje „Le Figaro”, wygląda na to, że prawicowa UMP, z której wywodzi się premier rządu François Fillon, powstrzyma zapędy lewicy. „Widać – pisze prawicowy dziennik – że Francja wciąż należy do konserwatywnych krajów”. „Źle, że nie zalegalizuje się u nas macierzyństwa zastępczego. A przecież Anglia i Belgia prawo takie posiadają i w ten sposób wiele par homoseksualnych może być szczęśliwymi rodzicami” – twierdzi gazeta. Być może też każdy obywatel będzie poddawany testom genetycznym. Państwo nakładałoby obowiązek poinformowania rodzeństwa i dzieci o fakcie posiadania skłonności np. do nowotworów. Pomijając fakt, że nie każda osoba genetycznie skłonna faktycznie zachoruje na raka – po co więc fundować jej życie w ciągłym stresie – trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z próbą ustanowienia totalitarnego państwa. Strach budzi jednak pomysł, by rozszerzyć genetyczne badania nad embrionami.

Dziecko-lekarstwo
26 stycznia w szpitalu Antoine Béclère de Clamart niedaleko Paryża urodził się chłopczyk, który ma uratować życie swego brata. Rodzice nazwali go „Umut Talha”, co w języku tureckim oznacza „nasza nadzieja” (o rodzicach wiadomo tyle, że pochodzą z Turcji ). Jego starszy brat choruje na beta-talasemię, czyli niedokrwistość tarczowatokrwinkową. To choroba genetyczna, rzadka w Europie. Przez zaburzenie syntezy hemoglobiny powoduje u dziecka opóźnienia rozwoju, nawracające zakażenia, złamania kości, owrzodzenia skóry kończyn dolnych. Trzeba często przetaczać krew u pacjenta. Do tego potrzebne jest dziecko-lekarstwo. Kłopot w tym, że szanse na wyleczenie chorego przy użyciu dziecka-lekarstwa są niewielkie. Pierwsze dziecko-lekarstwo urodziło się w 2000 r. w USA. Adam Nash miał posłużyć do leczenia swojej 6-letniej siostry Molly ze schorzeniem Fanconiego. Kolejne w Belgii w 2005 r., trzy lata później w Hiszpanii. We Francji możliwe jest to od 2006 r. w myśl zapisów ustawy regulującej dawstwo gamet przy sztucznej prokreacji. Procedura jest finansowana ze składek zdrowotnych, a rodzice muszą uzyskać pozytywną opinię Państwowej Agencji Biomedycyny (podlega ministerstwu zdrowia). Warunkiem jest właściwa motywacja: „pierwszą intencją rodziców musi być urodzenie dziecka zdrowego, a dopiero potem, chęć ratowania życia chorego rodzeństwa” (art. 40).

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama