Polski arsenał chemiczny

Tomasz Rożek 


GN 36/2013 |

publikacja 05.09.2013 00:15

Największym magazynem broni chemicznej jest Bałtyk. Dzisiaj nie wiadomo, co zrobić z beczkami, które zostały tam zatopione po II wojnie światowej.


Najwięcej broni chemicznej znajduje się na tzw. Głębi Gdańskiej, na obrzeżach Zatoki Puckiej,
koło Bornholmu i w Głębi Gotlandzkiej archiwum Marynarki wojennej rp Najwięcej broni chemicznej znajduje się na tzw. Głębi Gdańskiej, na obrzeżach Zatoki Puckiej,
koło Bornholmu i w Głębi Gotlandzkiej

Atomowa, chemiczna i biologiczna. Z tych trzech najłatwiej dostępna jest broń chemiczna. Niektóre z bojowych środków trujących są związkami używanymi powszechnie w przemyśle, inne są przemysłowym odpadem (np. w wytwórniach nawozów sztucznych czy w przemyśle tekstylnym). Dostęp do nich jest stosunkowo prosty, a przechowywanie i przenoszenie nie wymagają specjalnych technologii. I pewnie dlatego właśnie ze wszystkich trzech rodzajów broni masowego rażenia to właśnie broń chemiczna została najwcześniej wprowadzona na fronty wojen.


Para, dym i mgła


W kwietniu 1241 r. pod Legnicą rozegrała się bitwa między chrześcijańskim rycerstwem Europy a Mongołami (Tatarami), w której ci ostatni odnieśli zwycięstwo. Trudno dokładnie zrekonstruować bitwę sprzed tylu wieków, ale na uwagę zasługuje fragment opisu autorstwa Jana Długosza, w którym czytamy, że gdy bitwa wydawała się wygrana dla rycerstwa europejskiego, Tatarzy zaczęli się wycofywać. Choć wyglądało to na odwrót, był to w istocie atak, tylko innym rodzajem broni. Długosz opisuje jakieś urządzenie z dwoma pojemnikami połączonymi „drzewcem” (a może bambusową, pustą w środku rurką?), z którego po potrząśnięciu zaczęła się ulatniać „para, dym i mgła”. Było to coś „o tak cuchnącym odorze, że z powodu okropnego i nieznośnego smrodu walczący Polacy omdleli i ledwie żywi (...) stali się niezdolni do walki”.Mongołowie sztukę produkcji i użycia broni chemicznej posiedli od Chińczyków. Europa zaczęła stosować gazy bojowe dopiero osiem wieków później. Pod koniec 1914 r. w okolicach polskiego Przasnysza Niemcy użyli przeciwko Rosjanom chloru. Kilka tygodni później na Mazurach przeciwko armii rosyjskiej użyto bromku ksylilu. Pod koniec stycznia 1915 r. pod Bolimowem, między Sochaczewem a Skierniewicami, w kierunku rosyjskich pozycji wystrzelono 18 tys. pocisków wypełnionych tą trucizną. Atak był nieudany, bo niska temperatura spowodowała, że gaz nie chciał się ulatniać. Prawdziwa masakra nastąpiła jednak pod koniec maja 1915 r. w pobliżu Skierniewic. Z kilkunastu tysięcy butli wypuszczono w kierunku pozycji żołnierzy rosyjskich opary chloru. Rosjanie nie byli na taki atak przygotowani. Zginęło nawet kilkanaście tysięcy osób. Mniej więcej w tym samym czasie niedaleko belgijskiego miasteczka Ypres użyto iperytu. W ciągu zaledwie kilku minut zmarło kilka tysięcy osób. Kolejnych kilkadziesiąt tysięcy oślepło i zostało mocno poparzonych. Od tej bitwy do stałego wyposażenia żołnierza frontowego weszły maski gazowe. Ogółem w czasie I wojny światowej zagazowanych zostało kilkaset tysięcy żołnierzy. 


Gdzie jest broń?


Podpisany w 1925 r. protokół genewski zabraniał stosowania bojowych środków trujących. Nic jednak nie mówił o ich produkcji i magazynowaniu. Stąd też wiele armii świata już w okresie międzywojennym uruchomiło program broni chemicznej. Jedną z nich była armia II RP. W międzywojennej Polsce broń gazową badano i produkowano. Testowano na poligonie w Zgierzu. 
Podczas II wojny światowej środków chemicznych praktycznie nie używano, pomijając Cyklon B, który Niemcy wykorzystywali do uśmiercania ludzi w obozach zagłady. Niemcy mieli fabryki broni chemicznej (np. w Brzegu Dolnym nad Odrą), a największy magazyn takich środków znajdował się w okolicach Krapkowic na Śląsku. Naziści w obawie przed przejęciem magazynów z bronią trujące chemikalia wpuścili wprost do Odry. Dokumentację skrupulatnie zniszczyli. Mimo tego w ręce Rosjan wpadła kompletna instalacja służąca do wytwarzania tabunu i sarinu.
W powojennej Polsce także prowadzono prace nad bronią chemiczną i skutkami jej użycia. Przez dziesięciolecia instytuty podległe Ministerstwu Obrony zajmowały się tym zagadnieniem. Niewielkie ilości niebezpiecznych chemikaliów zostały zniszczone. Oficjalnie na terenie Polski nie była składowana broń należąca do Związku Radzieckiego. Trudno w te zapewnienia jednak uwierzyć. Na terenie naszego i innych krajów bloku wschodniego była magazynowana broń jądrowa. Znacznie trudniejsza do transportu i znacznie droższa. Była obecna także broń biologiczna. Dlaczego nie miałoby być broni chemicznej? Wątpliwości co do tego, że w Polsce były duże ilości broni chemicznej, nie mają także Amerykanie. W opublikowanym w 1989 r. raporcie „Chemical Weapons Convention Bulletin” podają w wątpliwość prawdziwość oficjalnych zapewnień płynących z ZSRR. Czy dzisiaj na terenie Polski jest broń chemiczna? Na tak zadane Ministerstwu Obrony Narodowej pytanie do zamknięcia tego numeru „Gościa Niedzielnego” nie uzyskaliśmy oficjalnej odpowiedzi. 


Bomba na dnie


W 1993 r. większość państw świata podpisała konwencję o broni chemicznej, która ostatecznie zakazywała badań, produkcji i przechowywania chemicznych środków bojowych w każdej formie. Ten traktat nie rozwiązał jednak wszystkich problemów związanych z bronią chemiczną. I mowa tutaj nie tylko o takich krajach jak Syria, Korea Północna czy Irak, które konwencji nie podpisały. Traktat nic nie mówi o broni, która została kiedyś wyprodukowana, ale gdy przestała być potrzebna, nie zneutralizowano jej w odpowiedni sposób. Pod koniec lat 40. XX w. (choć wojska NRD robiły to jeszcze pod koniec lat 60. XX w.) w Bałtyku topiono wyprodukowane na potrzeby II wojny światowej niemieckie arsenały.

Także chemiczne. Wyładowane po brzegi bombami, minami, pociskami, a nawet granatami statki płynęły i wyrzucały do wody zapakowaną w drewniane skrzynie broń. Skrzynie dryfowały czasami wiele kilometrów, niektóre były wyrzucane na brzeg. Broni, którą w ten dosyć niekonwencjonalny sposób postanowiono się pozbyć, było tak dużo, że czasami – zamiast wyrzucać ładunek za burtę – zatapiano cały statek. Tylko w rejonie na wschód od duńskiej wyspy Bornholm leżeć powinno kilka tysięcy bomb lotniczych wypełnionych trującym iperytem, 900 ton związków arsenu, 600 ton adamsytu i  500 ton chloroacetofenonu. W sumie tylko Rosjanie w latach 1947–1948 zatopili w Bałtyku do 50 tys. ton chemicznych środków bojowych, znalezionych w strefie okupacyjnej. Nietrudno się domyślić, że beczki i skrzynie, w których zabójcze chemikalia zatapiano, absolutnie nie były przystosowane do długoletniego przebywania w słonej wodzie. Przeważająca część beczek i ładunków dawno skorodowała, a chemikalia wylały się na dno akwenu. W tej temperaturze pozostają cięższe od wody i nie wypływają na powierzchnię. Na wielu obszarach Bałtyku strefa przydenna jest z tego powodu całkowicie martwa. Lepiej nie myśleć o tym, co się stanie, jeśli kiedykolwiek z powodu inwersji temperatur wypłyną na powierzchnię. 
Dzisiaj koszt utylizacji tych odpadów ocenia się na ok. 5,5 mld euro. Tylko kto ma ten koszt ponieść? Rosjanie, bo głównie oni tę broń zatapiali? Niemcy, którzy wyprodukowali, czy Polacy, w których strefie spora część chemicznego arsenału III Rzeszy się znajduje? Na południe od Bornholmu rybakom do dzisiaj zdarza się wyławiać skorodowane i podziurawione beczki z amunicją chemiczną.
Polska nie jest i nie była wolna od broni chemicznej. Na terenie naszego kraju armie różnych mocarstw często stosowały ten arsenał. Później byliśmy w militarnym sojuszu, który najprawdopodobniej magazynował u nas duże ilości tego typu środków. I choć dzisiaj prace nad bronią chemiczną są zakazane międzynarodowymi traktatami, nas problem dotyczy coraz bardziej. Z powodu największego bodaj na świecie magazynu chemicznych środków bojowych, którym jest Bałtyk.•


Studencki robot zbada dno


Studenci Politechniki Warszawskiej (PW) budują robota, który zbada składowiska broni chemicznej, znajdujące się w Morzu Bałtyckim. Dzięki niemu naukowcy ocenią, w jakim stanie są stare beczki i bomby, i jakie zagrożenie dla środowiska stanowi ich ładunek. Wiedza naukowców na temat stanu tego arsenału jest ograniczona. Sklasyfikowania i monitoringu składowisk broni chemicznej podjął się międzynarodowy zespół naukowców w ramach projektu „CHEMSEA”. Prace są koordynowane przez Instytut Oceanografii Polskiej Akademii Nauk. Zadaniem robota będzie pływanie przy dnie i ocena, „jak bardzo pojemniki zwierające broń są zniszczone, skorodowane, czy mogą wystąpić potencjalne wycieki tych niebezpiecznych materiałów. Dodatkowo robot przeprowadzi pomiar temperatury i pH wody, zbierze próbki wody z okolic pojemników, która będzie potem zbadana w laboratoriach” – powiedział członek studenckiego zespołu Adam Karcz. Robotów podmorskich jest bardzo dużo. Jakie szczególne cechy będzie miał ten budowany na Politechnice Warszawskiej? – Bałtyk jest morzem bardzo mulistym, a roboty często wzniecają dno morskie. To zakłóca obraz, odczyt i badanie składowisk. Naszą konstrukcję chcemy przygotować tak, by jak najmniej ingerowała w dno morskie i nie powodowała zakłóceń – podkreślił Karcz. Pierwsze testy robota odbędą się we wrześniu br.