Ostatni dzwonek

GN 06/2016 |

publikacja 04.02.2016 00:15

Polska gospodarka notuje jeden z najniższych wskaźników innowacyjności w Europie. Czym są innowacje i dlaczego warto o nie walczyć, wyjaśnia Jan Filip Staniłko w rozmowie z Tomaszem Rożkiem

Jan Filip Staniłko jest ekspertem Instytutu Studiów Przemysłowych oraz autorem raportu „W poszukiwaniu zaginionej innowacyjności” jakub szymczuk /foto gość Jan Filip Staniłko jest ekspertem Instytutu Studiów Przemysłowych oraz autorem raportu „W poszukiwaniu zaginionej innowacyjności”

Tomasz Rożek: Nie ma Pan wrażenia, że słowo „innowacje” jest dość powszechnie nadużywane? Wszystko ma być innowacyjne. Sprzęty domowe, firmy, a nawet gospodarka. Czy innowacje to wynalazki?

Jan Filip Staniłko: Innowacja jest wynalazkiem skomercjalizowanym, czyli wynalazkiem przekształconym w produkt, który możemy znaleźć na rynku.

Czyli innowacja to wynalazek, na którym ktoś zarabia?

Jeszcze nie. Na razie został poniesiony koszt, dzięki któremu wynalazek przestał być tylko teoretyczną koncepcją i stał się konkretnym produktem. Innowator poniósł też koszt, by ten produkt umieścić na rynku. W skrócie: innowacja to wynalazek, którym już można obracać gospodarczo.

A co z zarabianiem?

To następny krok. Każdy wynalazca marzy o tym, by stać się innowatorem, a każdy innowator chce, by jego innowacja okazała się sukcesem i zarabiała pieniądze. I to jest taki – powiedzmy – święty Graal współczesnego biznesu.

Dlaczego innowatorowi zależy – rozumiem, ale dlaczego o innowacje walczy rząd?

Każdemu rządowi chodzi o to, by innowacja przekształcała się w ponadprzeciętny zysk. Nie tylko dlatego, że z tego zysku ktoś zapłaci podatek, ale dlatego, że innowacyjne firmy szybciej się rozwijają, zatrudniają więcej osób i inwestują więcej pieniędzy. W skrócie: rozpędzają gospodarkę. Wręcz encyklopedycznym przykładem innowacji jest iPhone, czyli urządzenie, w którego produkcji uczestniczy w USA ok. 2 mln ludzi, a na całym świecie pewnie jeszcze ze trzy, cztery razy tyle. Marża zysku na iPhonie jest niesamowita. Generuje on 30 mld dolarów przychodów dla firmy Apple, co stanowi 2/3 jej przychodów. To jest modelowa innowacja, o której wszyscy marzą.

Czyli wszystkim nam powinno zależeć na tym, żeby w Polsce powstała marka na miarę iPhona, innowacja na miarę czegoś, co wywróci rynek do góry nogami. A co z tymi, którzy w czasie tego wywracania zbankrutują?

Taka jest natura innowacji. Pierwszym teoretykiem innowacji był Joseph Schumpeter, który użył wyrażenia „kreatywna destrukcja”. I to jest pewien model gospodarki kreatywnej. Można się oczywiście zżymać, że innowacje powodują zamieszanie na rynku czy, mówiąc brutalnie, bankructwa firm mniej innowacyjnych, ale to trochę jak dyskusja pomiędzy tymi, którzy chcieli wprowadzać roboty do hal fabrycznych, i tymi, którzy argumentowali, że przez to pracę stracą ludzie. Stracą, ale po pierwsze – roboty też wymagają obsługi, a po drugie – nowoczesny sposób produkcji zawsze wygra z tym, który nowoczesności się boi. W efekcie nie będzie robotów, ale fabryka i tak upadnie. To bardzo skrótowe przedstawienie problemu, ale odzwierciedla to, co chcę powiedzieć. W nowoczesnej gospodarce są potrzebne gałęzie, które produkują dużo i dążą do maksymalnie niskiego kosztu przeciętnego produktu. Ale są potrzebne także takie, które eksperymentują. Takim przykładem gospodarki idealnej jest gospodarka bardzo żywa. Gospodarka przedsiębiorców cały czas ryzykujących, tworzących nowe rozwiązania, konkurujących i współpracujących z dużymi firmami, które dają kapitał, mają ludzi, dają potężny dostęp do rynków i logistykę.

Czasami myślimy o sobie, że jesteśmy bardzo pomysłowi, że potrafimy sobie radzić w każdej sytuacji. A patrząc na dane, okazuje się, że jesteśmy jedną z najmniej innowacyjnych gospodarek w Europie. Z czego to wynika?

My jesteśmy zaradni, a nie innowacyjni. Faktycznie jesteśmy przedsiębiorczy, ale często w sensie nieczekania na to, że ktoś nam coś da. Równocześnie mamy bardzo niewielką skłonność do zachowań ryzykownych.

Ale kto ma ryzykować? Biznesmeni?

Tak, przedsiębiorcy. Polscy przedsiębiorcy są bardzo zachowawczy – to jedno. Po drugie, w biznesie szukają przewagi przez obniżanie kosztów, a to nie sprzyja innowacyjnym zachowaniom. Jeżeli ktoś mówi, że lepsze jest wrogiem dobrego, to znaczy, że nie rozumie, o co chodzi w innowacjach.

Jesteśmy zbyt tanią siłą roboczą?

To bardziej złożony problem. Przedsiębiorcy nie zdają sobie sprawy z tego, że korzystają z tzw. renty demograficznej. Mamy pokoleniową nadwyżkę siły roboczej na rynku i ona skutkuje tym, że mimo stworzenia prawie 2 mln miejsc pracy (a to jest trzeci najlepszy wynik w Europie w ciągu ostatnich 10 lat) nadal to przedsiębiorca wybiera sobie pracowników, a nie pracownik pracodawcę. Ale to niedługo się skończy. Taką sytuację Zachód przeżywał w późnych latach siedemdziesiątych. Tam biznes musiał się zmodernizować. Zainwestowano w rozwiązania, które dają wyższą marżę albo zastępują pracę fizyczną. Zaczęła się więc automatyzacja, wirtualizacja przedsiębiorstw, zaczęły się też procesy rozpadu dużych firm. Poszukiwania szybkiej innowacyjności produktowej, do której duże firmy są często niezdolne. Tej całej historii my nie mamy w polskim DNA, w przedsiębiorczości. My się ich musimy uczyć tylko z podręczników, z obserwowania tego, co widzimy na świecie. I tu jest kolejny problem. Polscy przedsiębiorcy za rzadko interesują się światem. Nie uczą się na przykładach innych, nie poszukują.

Chodzi o poszukiwanie rozwiązań?

Nie tylko. Mówię także o poszukiwaniu wymagających klientów. Ci wymagający nie szukają produktu o najniższej cenie, ale o najwyższej jakości. Aby tę jakość osiągnąć, często trzeba szukać innowacji w produkcji. Ale jeżeli jedynym kryterium jest cena, innowacyjność może być przeszkodą.

Co rząd może zrobić, by podnieść innowacyjność gospodarki?

Rząd może naprawdę dużo. Sektor publiczny jest jednym z największych klientów na rynku. Dzisiaj podstawowym kryterium wyboru firm startujących w zamówieniach publicznych jest cena. Wystarczy zmienić prawo albo rekomendacje tak, by cena nie była podstawowym kryterium, a była nim np. jakość. Dla chcących wygrywać w publicznych przetargach stanie się jasne, że trzeba poszukiwać sposobów podniesienia jakości usług. To zwiększy innowacyjność i zmusi przedsiębiorców do inwestowania. Gdy na rynku tak duży odbiorca jak sektor publiczny zdecyduje się na taki ruch, zrobią go też inni. Podam konkretny przykład. Polskie duże stocznie zbankrutowały, bo nie były w stanie konkurować cenowo np. ze stoczniami w Chinach. Państwowe stocznie produkowały bardzo proste statki, które były obłożone niskimi marżami. Mimo ciągłej pomocy stocznie w końcu i tak upadły. Na ich gruzach powstał żywy, prężny klaster, który dzisiaj obsługuje najdroższych klientów na świecie, np. firmy na Morzu Północnym, gdzie kryterium ceny jest zastąpione kryterium niezawodności. Prywatna, znacznie mniejsza stocznia poradziła sobie właśnie dlatego, że stała się innowacyjna. To dzisiaj jedno z najbardziej rentownych polskich przedsiębiorstw.

Mówi Pan o zmianie kryteriów wyboru w publicznych przetargach. To oznacza jednak, że rząd będzie musiał wydawać więcej pieniędzy na zakupy czy inwestycje.

Pozornie tak, choć proszę pamiętać, że w przeszłości, gdy wygrywała najtańsza oferta, wielokrotnie i tak trzeba było podpisywać aneksy i dopłacać.

Jaką rolę w przestawianiu gospodarki na innowacyjne tory odgrywa gotówka wydawana przez rząd na różnego rodzaju programy?

Przedsiębiorcy twierdzą, że bardzo dużą, ale głównie dlatego, że przyzwyczaili się w ostatnich latach do darmowej pomocy, głównie z funduszy unijnych. Ja uważam jednak, że pomoc w gotówce nie daje praktycznie nic. Jeżeli mamy dobry nowy produkt, na którego stworzenie potrzeba pieniędzy, to państwo faktycznie może pomóc, ale przez dotację na jego rozwój lub jego zakontraktowanie. Nade wszystko państwo musi dbać o otoczenie prawne, chociażby związane z własnością intelektualną. Państwo musi być też przykładem i kreować trendy, jeżeli chodzi o zamówienia publiczne, o których wspomniałem.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że pieniądze nie są innowacyjności w ogóle potrzebne.

Nie, powiedziałem tylko, że zamiast rozdawać pieniądze, rząd powinien bardziej dbać o wsparcie bezgotówkowe. Pieniądze wspierające innowacje też są potrzebne, ale nie każda gotówka dla innowacji jest dobra. Jesteśmy przyzwyczajeni do funduszy unijnych czy kredytów bankowych, ale one nie podnoszą innowacyjności. Wpływają na nią dużo mniejsze pieniądze, ale za to obarczone dużym ryzykiem. Jednak nawet dostęp do takich dotacji nie zastąpi poszukiwania zaawansowanego, wymagającego i zamożnego klienta. Także tutaj jest wielka rola państwa we wspieraniu eksportu przez silny rozwój infrastruktury. W polskich warunkach najczęściej innowatorem jest przedsiębiorca. Państwo może mu pomagać, ale go nie zastąpi. Państwo może stać się wzorowym klientem, może wesprzeć w poszukiwaniu klienta gdzieś na świecie, może ułatwić transfer wiedzy, jeżeli to jest przedsiębiorczość oparta na wiedzy, no i może uprościć podatki.

Brzmi logicznie i prosto. Dlaczego do dzisiaj nie udało się polskiej gospodarki skierować na innowacyjną drogę? To, o czym Pan mówił, robiliśmy źle czy nie robiliśmy tego wcale?

Ja bym postawił taką przewrotną tezę, że myśmy tego w ogóle nie potrzebowali. Polska ma przez ostatnią dekadę najwyższy wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej. Polska gospodarka rozwinęła się przez przyrost kapitału, przede wszystkim finansowego, który płynął w olbrzymiej ilości z bezpośrednich inwestycji zagranicznych, w mniejszej ilości z inwestycji krajowych, bo polscy przedsiębiorcy jednak w porównaniu z zachodnimi dużo mniej inwestują. Z kolei niskie koszty pracy można było osiągnąć z powodu nadwyżki demograficznej na rynku. To wszystko przez ostatnie dekady dawało bardzo przyzwoite tempo wzrostu PKB. Tyle tylko, że my już dłużej nie możemy na tych fundamentach bazować.

A co się zmieniło?

Z rynku pracy powoli schodzi nadwyżka demograficzna. Za kilka lat boleśnie odczuje to ZUS. Poza tym rynek krajowy jest bardzo nasycony i polskie firmy, zwłaszcza nowe, mają małe szanse, by urosnąć tylko na polskim rynku. One już od razu powinny myśleć globalnie. Dotyczy to również firm już dojrzałych, które często uważamy za narodowe championy. Nawet ci najlepsi są często uwięzieni w tzw. pułapce przeciętnego produktu. Oni zdają sobie sprawę z tego, że są skazani tylko na mało wymagający rynek wewnętrzny, że nigdzie indziej nie mają szansy na rozwój. Zdobycie rynków zachodnich okazuje się bardzo trudne. W skrócie mówiąc, kończą się nam rezerwy wzrostu opartego na własnych, krajowych zasobach: klientach, pracownikach i wiedzy. To ostatni moment, by poważnie zabrać się za innowacyjność.