Nie ma drogi na skróty

Tomasz Rożek

publikacja 13.12.2010 10:30

Z prof. dr. hab. n. med. Wiesławem Jędrzejczakiem, kierownikiem Katedry i Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, konsultantem krajowym w dziedzinie hematologii, rozmawia Tomasz Rożek.

Nie ma drogi na skróty Grzegorz Michałowski/PAP/GN Prof. dr. hab. n. med. Wiesław Jędrzejczak

Tomasz Rożek: W Marsylii zakończył się właśnie Światowy Kongres Krwi Pępowinowej. Znalazłem ulotkę tej konferencji, a w niej informację, że krew pępowinowa jest skuteczną terapią w leczeniu chorób hematologicznych, onkologicznych, metabolicznych i immunologicznych. Wygląda to tak, jakby dało się dzięki niej wyleczyć wszystko.
Prof. Wiesław Jędrzejczak: – Trzeba rozróżnić dwie rzeczy. Krew pępowinowa jest wykorzystywana jako zamiennik szpiku i komórek krwiotwórczych uzyskanych z krwi obwodowej dorosłych dawców. Jest wykorzystywana w leczeniu tych chorób, które są leczone komórkami ze szpiku. Natomiast zupełnie inną rzeczą jest rozpowszechnione komercyjnie bankowanie własnej krwi jako tzw. polisy na życie, jako źródła komórek macierzystych, które być może kiedyś w przyszłości będą wykorzystywane do celów regeneracyjnych. Dzisiaj nie ma to żadnego praktycznego znaczenia.

Ktoś, kto zachorował na białaczkę, zamiast mieć przeszczep szpiku kostnego, może otrzymać krew pępowinową?
– Tak, oczywiście nie swoją, lub bardzo rzadko swoją. Jeżeli ktoś nie ma rodzinnego dawcy szpiku, możemy dla niego znaleźć dawcę niespokrewnionego albo poszukać w którymś z publicznych banków odpowiednią krew pępowinową.

Tylko że to potwornie niepraktyczne... Przecież krew pępowinową można pobrać tylko przy porodzie, a szpik przez całe życie.
– To ma wady i zalety. Wprawdzie krew pępowinową można pobrać tylko raz w życiu przy porodzie, ale jeśli się ją pobierze, spoczywa w banku i w każdym momencie jest dostępna. Natomiast jeśli zrekrutujemy dawcę, nie pobieramy jego szpiku, tylko umieszczamy o nim informację w bazie. Ten dawca prowadzi własne normalne życie. Może zachorować, może ulec wypadkowi, może zajść w ciążę, a to wszystko może spowodować, że może nie móc być już dawcą wtedy, kiedy znajdzie się odpowiedni dla niego biorca. W przypadku krwi pępowinowej tego problemu nie ma. Są za to inne. Jej dawcą jest maleńki człowiek, który zostawia po porodzie w sznurze pępowinowym i łożysku przeciętnie tylko 100 ml krwi. To mało, gdyż potrzeba około 3 ml na kilogram biorcy.

Czyli krew pępowinowa to jest ta sama krew, która krąży w żyłach noworodka?
– Tak.

Co w niej jest takiego, czego nie ma we krwi osoby dorosłej?
– Tego, na czym nam zależy, we krwi noworodka jest wielokrotnie więcej niż we krwi dorosłej osoby. We krwi noworodka z punktu widzenia skuteczności przeszczepienia jest nawet 10 razy więcej komórek macierzystych krwiotwórczych niż w szpiku dorosłego człowieka, nie mówiąc już o krwi osoby dorosłej. Poza tym one mogą być wszczepiane z dużo większą tolerancją. Szpik czy komórki krwi obwodowej dorosłego człowieka muszą być dobrane w 10 na 10 cech z tolerancją ewentualnie jednej niezgodności, bo inaczej przeszczep spowoduje bardzo ciężką chorobę lub zostanie odrzucony. Komórki krwi pępowinowej muszą być zgodne tylko w czterech cechach na sześć. To oznacza, że znaleźć krew pępowinową zgodną z daną osobą to jest tak, jak trafić trójkę czy czwórkę w totolotka, a znaleźć dawcę dorosłego to jest tak, jak trafić szóstkę. To ogromna różnica. W chwili obecnej mamy w bankach publicznych na całym świecie zbankowanych około 450 tys. jednostek krwi pępowinowej i właściwie dla każdego chorego możemy dobrać wystarczająco zgodną krew pępowinową. Jednocześnie mamy na całym świecie 14,5 mln zarejestrowanych dorosłych dawców szpiku i z ich pomocą możemy dobrać dawcę tylko dla około 50–60 proc. chorych.

A co z komórkami macierzystymi, które mogą się rozwinąć w każdy inny rodzaj komórek?
– Na razie nie wykorzystujemy komórek macierzystych posiadających wszelkie cechy do różnicowania w inne komórki. To, co jest praktyczną medycyną, to jest wykorzystanie krwiotwórczych komórek macierzystych, czyli komórek, które są w stanie odtworzyć krew u innej osoby.

O krwi pępowinowej mówi się jednak znacznie częściej właśnie w kontekście komórek macierzystych, które mogą przerodzić się w komórki mięśniowe czy nerwowe...
– …czyli o tzw. medycynie regeneracyjnej. Na razie nie ma żadnych terapii, które wykorzystywałyby krew pępowinową w ten sposób.

Ale kiedyś będą?
– Tego nie wiem. Z faktu, że ktoś z komórki macierzystej z krwi pępowinowej wyhodował komórkę nerwową, nie wynika jeszcze praktyczne zastosowanie. Ono może się pojawić dopiero wtedy, kiedy z każdej komórki macierzystej w powtarzalnych warunkach za każdym razem uda się wyhodować ten sam rodzaj komórek nerwowych. Tyle tylko, że to nie wychodzi. Z jednej udaje się coś wyhodować, z innej nie.

W Polsce działa kilka prywatnych banków krwi pępowinowej, które reklamują się, twierdząc, że warto zamrozić krew swojego dziecka, bo jest ona swego rodzaju polisą na życie. Gdyby dziecko zachorowało, komórki macierzyste z jego własnej krwi mogą posłużyć do wyprodukowania innych uszkodzonych komórek. Na przykład nerwowych.
– Tego nigdzie na świecie się nie robi.

Mrozić krew noworodków czy nie?
– Nie uważam tego za celowe, i to z kilku powodów. Ryzyko, że dowolna osoba zachoruje na chorobę wymagającą leczniczego wykorzystania takich komórek, to jest co najwyżej jeden przypadek na 10 tys., a niektórzy szacują, że nawet jeden na 200 tys. Co to oznacza w praktyce? To, że trzeba zamrozić i latami przechowywać przynajmniej 10 tys. jednostek krwi po to, żeby ewentualnie jedna osoba mogła te komórki wykorzystać. To z punktu widzenia ekonomii medycyny jest strata pieniędzy.

Sugeruje Pan, że prywatne banki krwi pępowinowej mijają się z rzeczywistością, żeby nie użyć mocniejszego stwierdzenia, że naciągają przyszłych rodziców?
– Ja tego nie sugeruję, ja to mówię. Tutaj nie ma żadnej dwuznaczności. To, co one robią, to sprzedawanie obietnic bez pokrycia.

No ale podejmuje się próby podawania krwi pępowinowej dzieciom chorującym na porażenie mózgowe, z nadzieją, że zawarte w niej komórki macierzyste będą się przekształcały w komórki nerwowe, które u chorego są uszkodzone.
– Ja też czytałem o takich próbach, nawet co jakiś czas rozpatruję wnioski z komisji bioetycznych dotyczące tego typu eksperymentów. Szczerze powiem, że nie widzę żadnej możliwości, żeby coś takiego zadziałało. Dziecięce porażenie mózgowe, czy szereg innych tzw. degeneracyjnych chorób nerwowych, to są być może największe wyzwania współczesnej medycyny. My nie wiemy, jak tym osobom pomóc. Nawet nie mamy jakiejś hipotezy. Nie wiadomo też, czy komórki macierzyste mogą tutaj coś zmienić. Dla ludzi, czy dla bliskich osób dotkniętych tą chorobą to sytuacja rozpaczliwa i dlatego zdarza się, że one są skłonne do działań niekiedy bardzo ryzykownych. Wiem, że na Ukrainie, w Rosji czy w Chinach są ośrodki obiecujące terapię komórkami macierzystymi. To polega na tym, że bierze się zarodki z aborcji, rozdrabnia się je na pojedyncze komórki i wstrzykuje komuś w różne miejsca.

Co to ma wspólnego z medycyną?
– Nic. Ja rozumiem rozpacz tych ludzi, natomiast skutki tego bywają opłakane. Znam przypadek izraelskiego chłopca, który w ten sposób był „leczony” w Moskwie. Wstrzyknięto mu takie komórki do mózgu i tam rozwinął się z nich nowotwór. To udokumentowany przypadek. Te kraje, o których mówię, to nie są kraje będące – jeśli chodzi o badania komórek macierzystych – w awangardzie. One w medycynie zwykłej, tej podstawowej, są w ariergardzie. Na Ukrainie w zasadzie nie robi się alogenicznych przeszczepów szpiku, których w Polsce rokrocznie wykonuje się ponad 300. A równocześnie proponuje się ludziom postawionym pod ścianą terapie, które rzekomo wyprzedzają swoją epokę. W tym, o czym rozmawiamy, nie ma drogi na skróty.

Na całym świecie od 1988 roku dokonano 21 tys. przeszczepów krwi pępowinowej. Jak taki przeszczep wygląda w praktyce?
– Są generalnie dwa źródła dawców. Jednym są publiczne banki krwi pępowinowej. Drugim – rodzeństwo chorych. Tak było w przypadku pierwszego takiego przeszczepu w Polsce. U chłopczyka Andrzejka zdiagnozowano ostrą białaczkę. Rodzice byli zrozpaczeni. Ojciec chłopca powiedział mi kiedyś, że jego żona jest w ciąży i znosi to wszystko naprawdę źle. A ja mu mówię, ciesz się pan, bo być może to nowe życie jest zgodne tkankowo z Andrzejkiem, być może będzie dawcą krwi dla brata. Zorganizowałem poród w szpitalu wojskowym w Warszawie, gdzie wtedy pracowałem, i tam mama Andrzejka urodziła dziewczynkę. Pobraliśmy krew pępowinową, okazała się zgodna z krwią Andrzejka i przeszczepiono ją później we Wrocławiu u profesora Langego. Zresztą w pierwszym przeszczepie krwi pępowinowej na świecie, we Francji w 1988 roku, dawcą też była siostrzyczka chorego. Podkreślam, mówimy o przeszczepie krwi pępowinowej w celu wytworzenia układu krwiotwórczego, a nie w celu regeneracji tkanki nerwowej, mięśniowej czy jakiejkolwiek innej. To ostatnie to jeszcze bardzo daleka przyszłość.