Czy będzie wreszcie Nobel za malarię?

Grupie badaczy z Seattle udało się zaszczepić szczury przeciw malarii, i to skutecznie. Podjęli oni także próby zastosowania swojej szczepionki na ludziach. Ich wyniki też są bardzo obiecujące.

Reklama

Badaczami z Center for Infectious Disease Research w Seattle kierował parazytolog Stefan Kappe, a odkrycie opisało czasopismo „Science Translational Medicine”. Szczepionka zawiera osłabiony zarodziec malarii i podawana jest poprzez zakażone nim komary, czyli dokładnie tą samą drogą, którą malaria dostaje się do naszego organizmu w naturze. Na razie ludzie, na których testowano szczepionkę, nie zachorowali. Czas najbliższy pokaże, czy zostaną trwale zabezpieczeni przed malarią. Jeśli tak się stanie, Nobel z medycyny i fizjologii nie może ominąć prof. ­Kappe’a. Każda skuteczna szczepionka przeciwko tej ciężkiej chorobie zasługuje na takie uhonorowanie bardziej niż jakiekolwiek inne medyczne osiągnięcie.

Kiepsko nam idzie

Czy to jednak nie dziwne, że na chorobę opisywaną przez medycynę starożytnego Egiptu, a znaną i wcześniej – wywoływaną przez znany od ponad wieku czynnik zakaźny, zarodźca z rodzaju Plasmodium – w XXI wieku nadal nie ma skutecznej szczepionki? Dysponujemy zaledwie (a może aż?) dwoma preparatami, ale żaden z nich nie przekracza skuteczności ochronnej 40 proc., zwłaszcza w przypadku dzieci, które są najbardziej zagrożone nie tylko samą chorobą, na którą zapada co roku 200 mln ludzi, ale przede wszystkim śmiercią następującą w jej wyniku. Ta ogromna liczba to także skutek tego, że wspomniane preparaty są drogie i nie są powszechnie dostępne dla ludzi zamieszkujących Afrykę czy te części Azji, w których szaleje malaria. Szczepionki, nad którymi pracuje się od kilkudziesięciu lat, muszą działać w warunkach medycyny niemalże polowej.

Pierwszy z dwóch wspomnianych preparatów, zwany RTS, zawiera genetycznie zmodyfikowane białko zarodźca, które ma za zadanie nauczyć nasz układ odpornościowy, by walczył z malarią, gdy dojdzie do jej przeniesienia do naszego organizmu przez zakażonego komara. Drugi preparat to zarodziec malarii poddany napromieniowaniu, a więc o DNA zmutowanym w wielu przypadkowych miejscach. Ma za zadanie pobudzić układ odpornościowy i teoretycznie nie powinien prowadzić do choroby (pasożytniczy pierwotniak jest osłabiony). Istnieje też opcja numer trzy (dla prawdziwych „gierojów”): podać żywego zarodźca, po czym niemal natychmiast leki przeciwmalaryczne.

Marny to arsenał – biorąc pod uwagę fakt, że dzisiejsza medycyna jest w stanie genetycznie leczyć ludzi np. ze ślepoty. Dlaczego zatem jest tak źle? To nawet nie jest kwestia pieniędzy, bo tych nie brakuje (od dawna badania te sponsoruje bezpośrednio WHO jako absolutnie priorytetowe). Otóż zarodziec malarii posiada najgorsze cechy węża i kameleona. Podobnie jak wąż zrzuca bowiem swoją „skórę” przy każdej przemianie z jednej formy w kolejną (od zakażenia człowieka do momentu opuszczenia naszego organizmu są trzy takie przemiany, w komarze też kilka). Ponadto, podobnie jak kameleon, potrafi „zmieniać ubarwienie”, czyli białka płaszcza zewnętrznego swej komórki w toku życia, w sposób całkowicie nieprzewidywalny. Wykorzystuje przy tym mechanizm łudząco podobny do tego, dzięki któremu my produkujemy miliony różnorodnych przeciwciał. Malaria jest zatem doskonałym przykładem na paradoks Królowej Kier z „Alicji w Krainie Czarów”: trzeba bardzo szybko biec, by stać w miejscu. Malaria ten dziwny wyścig zazwyczaj wygrywa.

Jest nadzieja?

Co zatem zrobił z tym prof. Kappe i jego zespół? Otóż zaczęli oni pracować na trzech genach zarodźca, dzięki którym przechodzi on z drugiego (rozwój w wątrobie) do trzeciego stadium rozwojowego w ludzkim organizmie. Geny te umożliwiają mu wniknięcie do naszego krwiobiegu. Tak powstał GAP {BODY:BBC}(genetically attenuated parasite{/BODY:BBC} – genetycznie osłabiony pasożyt). GAP z natury nie jest w stanie wywołać malarii, ale potrafi nauczyć układ immunologiczny, jak malaria wygląda, zanim prawdziwy, niezmutowany zarodziec pojawi się wraz z komarem na horyzoncie. Oczywiście jak dotąd prof. Kappe wykorzystał do immunizacji zakażone GAP-em komary. Takie podejście jest naturalistyczne, ale mało praktyczne. Szczepionka ma być łatwa do przechowywania i podawana w sposób sterylny. Z tym problemem będą się teraz musieli zmierzyć badacze, pewnie już nie tyle parazytolodzy czy immunolodzy, ile chemicy i farmaceuci. Nie zmienia to jednak podstawowego waloru szczepionki prof. ­Kappe’a: wiemy, co w niej jest, mutacje wywołane w pasożycie są w normalnych warunkach nieodwracalne, można pomyśleć o dalszym genetycznym dopracowaniu zarodźca wykorzystanego w szczepionce. Każdy misjonarz, lekarz „bez granic”, podróżnik i człowiek mieszkający pomiędzy zwrotnikami potwierdzi: byłoby cudownie, gdyby się wreszcie udało szczepionkę przeciw malarii uzyskać. A jak już zacznie działać, dobrze, gdyby prof. Kappe i członkowie jego zespołu szukali już krawca do uszycia smokingu… na uroczystość wręczenia Nagrody Nobla z medycyny i fizjologii. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama