Deklaracja miłosierdzia

W tym roku mija 50 lat od przeprowadzenia w Polsce pierwszych przeszczepów. Od tamtej pory uratowano tysiące ludzi.

Reklama

Rok Miłosierdzia w Kościele zbiegł się w Polsce z Rokiem Transplantologii ogłoszonym 50 lat po pierwszych przeszczepach. W Wielkim Poście warto sobie uświadomić, że są takie dary, którymi możemy w dość prosty i dosłowny sposób uratować komuś życie. Podzielenie się nerką lub fragmentem wątroby wcale nie wpływa negatywnie na nasze zdrowie, ale dla biorcy jest „być, albo nie być”.

Historia, która dała nadzieję

Pierwsza próba przeszczepienia nerki od zmarłego dawcy miała miejsce 7 września 1965 r. Zabieg przeprowadzono w klinice ówczesnej Akademii Medycznej we Wrocławiu przy ul. Marii Curie-Skłodowskiej. – Docent Władysław Wrężlewicz pod telefonicznym kierunkiem profesorów Wiktora Brossa i Waldemara Kozuschka (obaj lecieli na konferencję naukową do USA) dokonał przeszczepu u 9-letniej dziewczynki. Dziecko zmarło nie ze względu na odrzucenie organu, a przez powikłania pooperacyjne – tłumaczy dr Dorota Kamińska z Kliniki Nefrologii i Medycyny Transplantacyjnej Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu.

Na początku 1966 r. przeprowadzono pierwszą udaną próbę. Dokonał tego zespół pod kierunkiem profesorów Jana Nielubowicza oraz Tadeusza Orłowskiego z I Kliniki Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie. Dla upamiętnienia tego osiągnięcia 26 stycznia obchodzony jest w Polsce Dzień Transplantacji.

Jest jeszcze jeden wątek, który miał ogromne znaczenie dla polskiej transplantologii. Zaledwie kilka tygodni po zabiegu w Warszawie, 31 marca we Wrocławiu prof. Wiktor Bross przeprowadził pierwszy udany przeszczep nerki od żywego dawcy. Od tych dwóch wydarzeń zaczęła się historia transplantologii w Polsce.

W ciągu 50 lat przeszczepiono w Polsce ponad 21 tys. nerek, w tym ponad 700 od żywego dawcy (inf. za PAP). W tym czasie dokonano też 7 tys. transplantacji innych narządów, m.in. serca, wątroby, trzustki czy płuc. Dolny Śląsk słynie z transplantacji kończyn górnych. Specjalizuje się w tym szpital im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy.

Szybka zmiana życia

Z panami Ryszardem i Józefem spotkaliśmy się w tydzień po przeszczepie. Leżą w jednej sali i dużo rozmawiają. Właśnie zostali... bliźniakami. Ich nowe nerki pochodzą bowiem od jednego dawcy. – Wiemy tylko tyle, że była to bardzo młoda osoba – mówią.

Dostali szansę na nową jakość swojego życia. Do tej pory 3–4 raz w tygodniu musieli spędzać po ok. 4 godziny w stacji dializ, teraz nie będą musieli o tym myśleć. – Najgorsze co nas teraz czeka, to podróż do domu, potem będzie już tylko łatwiej – mówi pan Józef. Był to dla niego już drugi przeszczep, dlatego służy wskazówkami swojemu szpitalnemu koledze i tłumaczy, jak będzie wyglądać jego życie i na co musi uważać.

Pan Ryszard ma 68 lat, a jego problemy ze zdrowiem zaczęły się od operacji powiększonej aorty brzusznej. Aby założyć stenty, lekarze musieli odłączyć sprawną nerkę. – Po czterech latach zaczęła nawalać druga i pojawiły się kłopoty, które spowodowały, iż przez ostatnie trzy lata musiałem być dializowany – mówi.

Był sobotni poranek, gdy dostał informację, że ma zgłosić się do stacji dializ. Po trzech godzinach samochód transportu medycznego przewiózł go z Kędzierzyna-Koźla koło którego mieszka, do Wrocławia. Zabieg rozpoczął się ok. 19.30.

Pan Józef ma 51 lat. Zachorował w 1997 r., a 10 lat później wystąpiła potrzeba dializowania. Tuż przed Bożym Narodzeniem 2011 r. przeszedł pierwszą transplantację. – Przez półtora roku było wszystko dobrze, ale potem zaczęły się komplikacje i musiałem wrócić do dializowania – wspomina. Nie poddał się. W ciągu następnych miesięcy poznał wiele osób, które przeszły więcej niż jeden przeszczep. To dało dodatkową motywację.

– Telefon zadzwonił w sobotę o godz. 9. Pojechałem na dializę i czekałem na ostateczne potwierdzenie, że mam się udać do Wrocławia – dodaje. Sytuacja była skomplikowana o tyle, że pan Józef mieszka w Bartoszycach w województwie warmińsko-mazurskim, 700 km od stolicy Dolnego Śląska. – Byłem trzeci w kolejce do tej nerki, ale pierwsze dwie osoby były przeziębione i nie mogły mieć w tym stanie zabiegu – wyjaśnia. Karetka zawiozła biorcę na lotnisko w Szymanach, a stamtąd przetransportowany został samolotem Pogotowia Lotniczego. Zabieg zaczął się o północy. Po trzech dniach od operacji obaj pacjenci podnieśli się ze swoich szpitalnych łóżek i zaczęli samodzielnie funkcjonować.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • qq
    05.03.2016 13:11
    Polecam książkę o. Jacka Marii Norkowskiego pt. "Medycyna na krawędzi. Ewolucja definicji śmierci człowieka w kontekście transplantacji narządów". Zmieniłam zdanie nt. dawstwa narządów pojedynczych, ponieważ pobiera się je od żywych ludzi. Odczuwają oni ból w czasie pobierania narządów i dlatego stosuje się znieczulenie ogólne. Umierają nie na skutek śmierci mózgu, jak się tłumaczy rodzinom, ani na skutek własnej choroby, ale na skutek pobrania narządów istotnych do życia. Pojecie śmierci mózgowej wprowadzono, by ułatwić pobieranie narządów do przeszczepów w momencie narodzenia się transplantologii. Tego nawet się nie kwestionuje w środowiskach neurologów i transplantologów. Jestem zwolenniczką pozostania przy definicji sercowo-naczyniowej śmierci człowieka, tzn. ustanie pracy serca, krążenia i oddychania.
  • Gość
    05.03.2016 16:25
    "Podzielenie się nerką lub fragmentem wątroby wcale nie wpływa negatywnie na nasze zdrowie, ale dla biorcy jest „być, albo nie być”." Jakim cudem operacja i wycięcie fragmentu organizmu nie wpływa na zdrowie? Różne komplikacje się mogą pojawić. To jakaś reklama w tym artykule czy jak? Prawdę trzeba pisać.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama