Zioła na siedem boleści

Suszone zioła, z wyjątkiem płatków chabrów i kilku innych kwiatów, nie mają żywych kolorów. Ale pachną nieziemsko. Jeśli niebo miałoby być z zapachów, to można do niego wejść przez zielarnię Jana Kubiaka.

Reklama

Zielne niebo znajduje się w piwnicach klasztoru bonifratrów pw. św. Rafała Archanioła w Łodzi. Jan Kubiak, zielarz, przyjmuje pacjentów w środy i piątki w rozmównicy na piętrze, a skomponowane dla nich mieszanki przygotowuje tutaj. Choć jest na emeryturze, ojciec przeor Franciszek Chmiel tak ceni jego pracę, że zatrzymał go jeszcze na te dwa dni tygodniowo. Dziesiątki ziół ukrytych w workach i kuwetach pachną aromatycznie jak łąka w południe. – Tutaj łąki pełne były kwiatów – pan Jan wspomina dzieciństwo, które przeżył nieopodal klasztoru na osiedlu Stare Chojny. – W maju kwitły kaczeńce. Zrywałem je, żeby w domu przystroić obraz Matki Bożej. Dzień i noc paliła się przed Nią lampka oliwna. Nie mieliśmy elektryczności i to był najjaśniejszy punkt domu. W czerwcu zrywał różowy tysięcznik i zdobił nim obraz Serca Pana Jezusa. – Kaczeńcy nie wykorzystuje się w ziołolecznictwie, za to tysięcznik pomaga w leczeniu trzustki, przy braku apetytu – objaśnia. On sam ma stale apetyt na życie, ale nie boi się śmierci. – Jeżeli czuję, że mam czyste sumienie, to czego się bać? Przychodzi już ten wiek, kiedy trzeba być na nią przygotowanym. Ale to nie przeszkadza w robieniu planów, bo bez nich nie da się żyć. Więc planuje naprawić dach domowej werandy.

Zasady

Nie przez przypadek otrzymał tytuł honorowego bonifratra. Terminowanie w prowadzonej przez zakonników zielarni rozpoczął już jako 12-letni ministrant. Urodził się 29 sierpnia 1935 w Łodzi w święto Jana Chrzciciela. Jego ojciec Zbigniew był ułanem IV Pułku Zaniemeńskiego i walczył w wojnie bolszewickiej. Mama Marianna zmarła przedwcześnie w 1959 r., mając 60 lat. Wyniszczyła ją świadomość, że zachowując zasady, nie wybawiła od więzienia swojego syna Zbigniewa, starszego o sześć lat od Jana. – Został skazany na cztery lata, kiedy w listopadzie 1948 kolega z liceum go zaszpiclował – opowiada. – Zamierzał wysadzić pomnik żołnierzy radzieckich w Tomaszowie Mazowieckim. Dopiero po latach dowiedziałem się, że chcieli go zwolnić pod warunkiem, że matka podpisze lojalkę i zacznie donosić na ojców bonifratrów. Odmówiła, a potem wyniszczała ją świadomość, ile syn się nacierpiał. Jeździłem z nią po więzieniach, odwiedzając brata. Byliśmy w Potulicach, Wronkach, na Mokotowie, w Strzelcach Opolskich.

O tych nieszczęściach zapomniał, kiedy poznał przyszłą żonę Alicję. Fruwał do niej do Pabianic jak na skrzydłach. 24 października 1959 r. błogosławiło im na ślubie czterech bonifratrów. – Urodziło nam się dwóch synów – opowiada. – Wojciech, dziś wybitny specjalista protetyki, i Paweł, pracujący jako technik dentystyczny. W 1963 r. przeprowadzili się z żoną do domku na osiedlu Ruda Pabianicka. Przez lata drogę do pracy w zielarni pokonywał pieszo. Cztery i pół kilometra w ciągu 25 minut. Jest przekonany, że dzięki temu chodzeniu nie narzeka na nogi.

– Raz o. Albert Drobek powiedział, że pracuję jak niewolnik, od rana do wieczora bez ustanku – uśmiecha się. – Ale nie narzekałem, bo to moja pasja.

Nalewki i zioła

W klasztornej zielarni zaczął terminować w 1945 r. Poważną pracę rozpoczął w 1957 r. W 1947 r. z Wilna przyjechał do Łodzi o. Aureliusz, słynny zielarz, który prowadził tam aptekę. Musiał zmienić nazwisko, bo był poszukiwany przez NKWD. Kiedy przyszła okupacja, zakonnicy zostali wyrzuceni z klasztoru. Hitlerowcy zostawili w nim tylko dwóch ojców – przeora i dentystę. Po wojnie uruchomiono tu gabinet dentystyczny i zielarnię. Pan Jan pomagał w gabinecie i w „ziołowni” prowadzonej przez o. Melaniusza Skweresa, którego w latach 30. w Wilnie uznano za prekursora ziołolecznictwa. Jego następcą został o. Aureliusz Milski. – Ojciec Aureliusz wysyłał mnie po spirytus na nalewki ziołowe – wspomina. – Kupowałem po 10 butelek, ale nikt się nie dziwił, po co ministrantowi spirytus. Zakonnicy mieli do niego zaufanie. Pozwalali mu ważyć zioła, mielić je, mieszać krople, przygotowywać mieszanki.

– Ważne było tzw. nastawianie kropli – opowiada. – Do 10-litrowego słoja wsypywało się zioła, potem zalewało je spirytusem i wodą, w zależności od tego, czy miała z tego powstać 40- czy 60-procentowa nalewka. Po odsączeniu wkładało się je w prasę przywiezioną specjalnie z Wilna, żeby odsączyć wszystkie soki, bo nic nie mogło się zmarnować. Na końcu ekstrakt przesączano przez filtry i rozlewano do specjalnych butelek. Ojcowie Melaniusz i Aureliusz przywieźli z Wilna osiemdziesiąt receptur na mieszanki i nalewki. Kiedy przepisy zginęły, pan Jan odtworzył je z pamięci. Chorzy już wtedy czuli, że zioła są przeciwwagą dla antybiotyków, i przyjeżdżali do nich masowo z całej Polski. – Rodzina Felosów z Białegostoku aż w siódemkę wybrała się do nas specjalnym autem – opowiada. Leczyli się u nich Melchior Wańkowicz, Krystyna Sienkiewicz, śpiewacy z łódzkiej opery. Wdzięczni, załatwiali im darmowe wejścia na spektakle.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama