Cisza

Ona jest za darmo. Tymczasem wybieramy nasz nieznośny hałas, nie mając świadomości, jak wiele tracimy. 

Reklama

Widzieli Państwo kiedyś miejsce, w którym Wisła wpada do morza? Ujście głównego nurtu nie jest miejscem naturalnym. To kanał, przekopany po to, by woda z największej naszej rzeki nie zalewała Gdańska. Ale mimo to warto się tam wybrać. U samego ujścia ogromne łachy piasku są miejscem, na którym zamieszkały ptaki i foki. Jest majestatycznie i… cicho. Swoją drogą Wisła tak bardzo mnie fascynuje, że poświęciłem jej cały odcinek mojego programu – „Sondy”.

Spotkałem się kiedyś, u ujścia Wisły, ze znanym podróżnikiem Markiem Kamińskim. Miejsce wybrałem nieprzypadkowo, Marek kilka razy pokonywał Wisłę i kajakiem, i tratwą. Zwrócił uwagę na to samo. Na ciszę. Nie kompletną – wolną od hałasów produkowanych przez ludzi. To paradoks.

Hałas jest związany z pracą, ale cisza jest za darmo. A tymczasem okazuje się, że mamy deficyt właśnie ciszy. Zewsząd otaczają nas hałasy. Bodźce, których jest nadmiar. One męczą, nie pozwalają się skoncentrować. Potrzebujemy ciszy. Ale nie ciszy kompletnej.

Nasz mózg czerpie informacje o otoczeniu, rejestrując bodźce. Dźwiękowe, wzrokowe, zapachowe… Ważne są też dotyk, smak, temperatura. Gdy tego wszystkiego zabraknie… wariujemy. Mózg zaczyna sam sobie tworzyć obrazy, odczucia, których w rzeczywistości nie ma. To deprywacja sensoryczna.

W specjalnie zaprojektowanych komorach wielokrotnie przeprowadzano eksperymenty, które pokazały, jak ważne są dla nas bodźce, w tym dźwiękowe. Na czym zatem polega problem? Jak zawsze na przesadzie. Gdy jest za głośno, za jasno, za dużo i za mocno, jest nam źle. I może nie jest dużym problemem to, że czasami w takich warunkach musimy przebywać. Większym problemem jest chyba fakt, że do takich warunków już się przyzwyczailiśmy. Jest nam z tym źle, ale uważamy, że inaczej się nie da. Nieprawda. Da się. Wystarczy wybrać się do lasu.

W pierwszych chwilach może się wydawać, że w lesie jest cicho. Nieprawda. Jest głośno, ale inaczej niż w centrum miasta. Słychać ptaki, wiatr. Słychać kroki, łamane patyki i suche liście. Słychać spadające szyszki i żołędzie, szemrzący strumyk i owady.

Dwa tygodnie temu byłem w rezerwacie Czerwone Bagno w Biebrzańskim Parku Narodowym. Tam las huczał, wręcz wibrował od odgłosu latających owadów. To było niesamowite! Tydzień później pływałem na żaglach po Jeziorze Nidzkim, na samym południu jezior mazurskich. To obszar rezerwatu przyrody, na terenie którego nie wolno używać silników. Znowu to samo. Z początku cisza. A potem… potem mózg wyławia najpierw subtelne odgłosy, które z czasem – jak gdyby ośmielony – zaczyna wzmacniać. I słyszę wiatr, tataraki, trzciny i skaczące ryby. Zaczynam słyszeć ptaki. Perkozy, czajki, czaple (jak one pięknie wyglądają w locie), drozdy, gęsi, kormorany i dzięcioły. Słyszę fale, owady i drzewa. I myślę, że ten hałas dnia codziennego mocno nas zubaża. To rzeczywiście paradoks. Cisza jest za darmo. A tymczasem wybieramy nasz nieznośny hałas, nie mając świadomości, jak wiele tracimy. 

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama