Dziecko w koronawirusowym kryzysie

Niewiele wiadomo na temat „dziecko a COVID-19”. I niewiele będzie wiadomo, dopóki kraje, które w tych dniach otwierają ponownie placówki oświatowe, nie przeprowadzą badań nad skutkami swych decyzji.

W połowie kwietnia naukę w szkołach dzieci do lat 11 przywróciła Dania. W Niemczech do szkół poszły dzieci starsze. Francja rozpoczęła powolny proces otwierania szkół 11 maja, w zależności od tego, w której strefie częstości zakażeń ­COVID-19: czerwonej, żółtej czy zielonej, znajduje się gmina. 11 maja otwarcie szkół zaplanowały także Holandia i kanadyjski Quebec. Wszędzie z obostrzeniami higienicznymi i zmniejszoną liczebnością grup oraz godzin edukacyjnych. Wielka niewiadoma.

Modele epidemiologiczne opublikowane niedawno na łamach czasopisma „Lancet”, a powstałe na podstawie danych zebranych już po zamknięciu placówek edukacyjnych (a zatem w warunkach braku kontaktu między dziećmi), pokazały, że samo zamknięcie szkół – bez innych działań izolacji społecznej – ograniczyłoby śmiertelność COVID-19 o 4–6 proc. i to mimo tego, że dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym mają statystycznie trzy razy więcej bliskich stałych kontaktów niż dorośli.

Z badań przeprowadzonych w Chinach na początku pandemii wynikało, że chociaż dzieci wielokrotnie rzadziej mają pełnoobjawowy COVID-19, to zakażają się równie często jak dorośli przebywający w bliskim kontakcie z osobą zakażoną. Uznano, że dzieci mogą być roznosicielami tej choroby. Tym trudniejszymi do wychwycenia, że najczęściej bezobjawowymi lub niskoobjawowymi.

Potem jednak pojawiły się wyniki badań holenderskich przeprowadzonych w niewielkim środowisku (54 rodziny), które pokazały, że dzieci zarażały się od dorosłych, ale dorośli nie zarażali się od dzieci. Badano jednak sytuację, gdy – w wyniku zamknięcia szkół i placów zabaw – ze światem zewnętrznym stykali się często tylko dorośli, natomiast dzieci pozostawały w domach. Innymi słowy, tylko dorosły mógł „przywlec” skądś wirusa. Sytuacja jest więc trudna do zrozumienia. Na dodatek w lutym w Singapurze odkryto półroczne bezobjawowe niemowlę będące superroznosicielem, zakażającym nieporównywalnie bardziej niż którykolwiek z dorosłych.

Tajemniczy syndrom

Dzięki pracom grupy badaczy pod kierunkiem niemieckiego specjalisty od koronawirusów Christiana Drostena wiadomo, że dzieci chore na COVID-19 (według szacunków amerykańskich CDC to mniej niż 2 proc. wszystkich potwierdzonych chorych objawowych) mają w swym nosie tyle samo RNA wirusa SARS-CoV-2 co dorośli. Z kolei dzięki eksperymentom uczonych szwajcarskich pod kierunkiem Isabelle Eckerle wydaje się, że cząstki wirusa pobrane od objawowo chorych dzieci są zakaźne.

Tego, czy dzieci chorują mniej często, czy tylko inaczej niż dorośli, oraz czy ta sytuacja będzie ewoluować, nauka też jeszcze nie wie. Dziś pojawił się ze wzmożoną częstością u noworodków rzadki zespół chorobowy, przypominający tzw. syndrom Kawasakiego. Na ogół choruje na niego od kilkunastu do kilkudziesięciu dzieci na 100 tys., głównie chłopców, przed 5. rokiem życia, a w ciągu ostatnich kilkunastu dni naliczono 100 przypadków, głównie w Wielkiej Brytanii. Choroba Kawasakiego ma nieznane podłoże i polega na ostrym stanie zapalnym w obrębie krążenia wieńcowego, co u 25 proc. chorych dzieci wymaga terapii, a u 1 proc. powoduje zawał serca. Dzieci mają wysoką gorączkę, powiększone węzły chłonne i wysypkę podobną do występującej przy odrze oraz język przypominający skórkę truskawki. Lekarze potwierdzili obecność wirusa SARS-CoV-2 u nielicznych dzieci chorych obecnie na tajemniczą chorobę podobną do syndromu Kawasakiego, część z nich była z tzw. kontaktu z osobami zakażonymi. To jeszcze bardziej komplikuje obraz sytuacji.

Rozmawiając o dzieciach w czasach epidemii, nie da się także ignorować kwestii braku socjalizacji wynikłego z izolacji i braku wspólnej zabawy. Dziecko przeżywa swą rzeczywistość, odtwarza ją i porządkuje dzięki zabawom. A ta panująca wokół jest naładowana stresem związanym z czymś niewidzialnym, a więc dla młodszych dzieci kompletnie niezrozumiałym i nie do pojęcia. Stres, którego doświadczają dziś rodziny, a zwłaszcza dzieci, pozostawi ślad, bo jest ostry i przedłuża się.

Ważenie racji

Nawet jeśli przemoc domową i inne patologie zawsze nasilające się w sytuacji długotrwałego kryzysu odsuniemy na dalszy plan (nie dlatego, że są nieistotne, ale po to, żeby łatwiej zrozumieć złożoność sytuacji), to możemy sobie wyobrazić, z czym dzieci mają w wyniku pandemii największy problem. Z brakiem rówieśników, co może wpłynąć na ich zdolności socjalizacyjne, oraz z poczuciem alienacji, obcości i lęku, wynikłych chociażby z wpływu na psychikę takich mniej lub bardziej niezbędnych antyepidemicznych „gadżetów” jak maski.

Dziecko do lat 3 nie może ich nosić – utrudniałoby to jego oddychanie w sposób niebezpieczny dla zdrowia. Pediatrzy mają znacznie mniej zastrzeżeń wobec tego obowiązku w przypadku dzieci przedszkolnych i szkolnych, za to psychologowie biją na alarm. Od momentu narodzin aż do 6.–7. roku życia dzieci formują swoje interakcje społeczne, obserwując reakcję najbliższych na swoje zachowania. Zamaskowana twarz – nieczytelna w swoich emocjach – stanowi dla dziecka realny problem rozwojowy. Trudno wyważyć racje psychologów i epidemiologów. Trzeba unikać przesady, czyli noszenia masek cały czas, zarówno przez dzieci, jak i towarzyszących im dorosłych. Z badań eksperymentalnych psychologii rozwoju wynika, że niemowlęta i małe dzieci reagują na obraz zamaskowanej twarzy najbliższych lękiem, rozpaczą, a następnie apatią. Rozwój fizyczny czy artystyczny też ulega zaburzeniu bez szkoły i innych instytucji edukacyjnych. Najbanalniejsze spostrzeżenie – przy zamkniętych placach zabaw, boiskach i basenach dzieci tracą wychowanie fizyczne. Szczególnie poszkodowane są te mieszkające w dużych miastach, w ciasnych mieszkaniach. Z rozwojem fizycznym naszych pociech było kiepsko i przed pandemią, a uzależnienie od internetu i dziecięca otyłość stawały się w Polsce plagą. Teraz to może się pogłębić. Czy rodzice – zwłaszcza ci nielubiący się gimnastykować – jakoś „ogarną” ten temat? A co z rozwojem artystycznym dzieci? Wszystkie zajęcia dodatkowe z plastyki, modelowania etc. – to można robić w domu przy pewnych chęciach, ale już z lekcjami muzyki czy tańca jest kłopot. Nie wszyscy mają aż tak szybki internet, żeby nie było opóźnień. Jak nauczyciel ma ocenić, czy uczeń zagrał w poprawnym tempie? Czy dźwięk był czysty?

Ciągła obserwacja

Wirus SARS-CoV-2 wciąż jest dla naukowców zagadką. Czy dzieci chorują na COVID-19, a jeśli tak, to dlaczego masowo nie umierają? Czy dzieci roznoszą wirusa i są groźne dla swoich dziadków, rodziców i nauczycieli? Jak poobijane psychicznie wyjdą z tej pandemii? Aby te odpowiedzi nie miały znamion wróżenia z fusów, potrzebne są dalsze badania. Muszą trwać pewnie minimum rok, więc szybko się nie dowiemy, jak jest na pewno. W nauce tak zazwyczaj jest, że nic się nie wie, dopóki nie przeprowadzi się jakiegoś eksperymentu. Wejście w kwarantannę i wyjście z niej. Tempo tego wychodzenia i jego scenariusz – to wszystko jest rodzajem eksperymentu. Oburzanie się na to jest nieporozumieniem, bo jaka jest alternatywa? Kto wziąłby odpowiedzialność za nicnierobienie? Z drugiej jednak strony trzeba mieć świadomość, że podstawą działania nie powinno być próbowanie i eksperymentowanie samo w sobie, tylko podejmowanie decyzji na podstawie ciągłej obserwacji skutków i szybkiej zmiany ewentualnie wadliwych decyzji. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg