Podróż do Rzymu

Czekałem na warszawskim Dworcu Centralnym na pociąg do Kołobrzegu. Chwilę przed jego planowanym przyjazdem pojawił się komunikat o 20-minutowym spóźnieniu. I tak zaczęła się moja podróż. Nie tylko do Szczecinka, ale także… do starożytnego Rzymu.

Zaledwie kilka minut przed skorygowanym przyjazdem pociągu opóźnienie nagle z 20 minut zwiększyło się do 45. Potem do 60, a w końcu 75 minut. Swoją drogą, jak to działa? Pociąg, który o 8.30 ma być na Centralnym, a o 8.28 ma 20 minut opóźnienia, musi być już gdzieś pod Warszawą. Skąd się w takim razie bierze finalne opóźnienie wielokrotnie większe? Złapał je na kilkunastu kilometrach przed Warszawą? Sprawdziłem. Już na dwie godziny przed przyjazdem do Warszawy pociąg ten miał 50 minut opóźnienia. Skąd zatem komunikat o opóźnieniu 20-minutowym i denerwująca regułka: „Opóźnienie pociągu może ulec zmianie”?

Sporo jeżdżę pociągami. Prawie zawsze na trasie Katowice–Warszawa. W wygodnych pociągach, w których latem działa klimatyzacja, a zimą ogrzewanie. W pociągach, w których można skorzystać z toalety bez ryzyka wylądowania na oddziale chorób zakaźnych. Od czasu do czasu jadę jednak pociągiem w mniej dostępne rejony kraju. W okolice Poznania albo do Szczecina. Doceniam wtedy, że latem nie jest włączone ogrzewanie, a zimą zamykają się okna. Jadę ze średnią prędkością poniżej 50 km/h i uświadamiam sobie, że wciąż nie odrobiliśmy lekcji, którą całemu światu 2 tys. lat temu dali Rzymianie. Nie ma rozwoju bez dobrych szlaków komunikacyjnych. Proste.

Jak mają się rozwijać całe ogromne obszary kraju, skoro nie mają sprawnego połączenia ze sobą i ze stolicą? W 1981 roku we Francji pojawiło się superszybkie połączenie Paryż–Lyon, obsługiwane przez pociągi TGV, które rozwijały prędkość około 300 km/h. 35 lat później najszybszy pociąg pomiędzy Warszawą a Szczecinem, dużym miastem, jedzie ponad 6 godzin, choć odległość, jaką ma do pokonania, wynosi około 550 kilometrów. Znaczy to, że średnio porusza się wolniej niż średniej jakości samochód na średniej jakości drodze przelotowej. Znaczy, że porusza się 3 razy wolniej niż TGV.

Nie stać nas na rozwój sprawnej kolei czy szybkich dróg? Bzdura. Nie stać nas na to, żeby ich nie mieć. Superdroga, bo pierwsza, linia kolejowa TGV spłaciła się po dekadzie, a francuskie miasta wynajmowały firmy lobbingowe, by przekonywać Paryż o budowie kolejnych połączeń. Całe regiony, po podłączeniu do krwiobiegu, jakim jest m.in. system transportu, przeżywały gospodarczy rozkwit. My wciąż pod tym względem pączkujemy. Czy kiedyś uda się zakwitnąć?

Zza brudnych szyb widzę piękne krajobrazy, głos konduktora przez skrzeczący głośnik przeprasza mnie za utrudnienia i podaje coraz to większe opóźnienie. A ja myślę o Rzymianach. Tych starożytnych. I o tym, kiedy w końcu odrobimy tę lekcję. 

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| FELIETONY, NAUKA

Reklama

Reklama