Gdy serce stanie

Wyglądem przypomina laptopa lub walizkę. I może uratować życie. .:::::.

Amerykański film akcji. Ranny w strzelaninie policjant jedną nogą już jest na „tamtym świecie”. Przyjeżdża do nowoczesnej kliniki. Lekarze robią wszystko, by go uratować. W pewnym momencie serce odmawia jednak posłuszeństwa i zatrzymuje się. Lekarz do klatki piersiowej rannego przykłada dwie – przypominające żelazko – elektrody. Prosi personel medyczny o odsunięcie się od łóżka i naciska guzik. Przez ciało pacjenta przepływa impuls elektryczny o napięciu ponad tysiąca wolt. Serce zaczyna bić. Policjant uratowany. To sytuacja mocno podkolorowana. Pokazuje jednak to, co najważniejsze. Gdy serce przestaje bić, jedynym ratunkiem może okazać się defibrylacja. Innymi słowy „kopnięcie” serca dużą dawką prądu elektrycznego. Pomaga przerwać migotanie komór i przywrócić normalny rytm serca. Wykonanie jej w pierwszych kilku minutach po utracie przytomności znacznie zwiększa szanse ocalenia chorego.

Rewolucja defibrylacyjna

Defibrylatory ze szpitali wyszły na ulice. Są inne niż te stosowane przez lekarzy, bo mówią, co trzeba robić. Na naszych oczach, dzięki wprowadzaniu automatycznych defibrylatorów zewnętrznych (w skrócie AED), dokonuje się swego rodzaju rewolucja. Dzięki „elektronicznym ratownikom” nieprzytomnemu może pomóc każdy. Wystarczy tylko uważnie słuchać komend, które urządzenia wydają. Jedno z pierwszych poleceń nakazuje przyklejenie dwóch elektrod bezpośrednio do odkrytej klatki piersiowej. Potem defibrylator analizuje rytm serca osoby, która w miejscu publicznym zasłabła i decyduje, czy konieczne jest przeprowadzenie elektrowstrząsu. Gdy urządzenie rozpozna migotanie komór, zaleca naciśnięcie przycisku powodującego wyładowanie. W tym momencie przez klatkę piersiową i serce poszkodowanego w czasie ok. 0,2 sekundy przepływa prąd o napięciu ok. 1500 wolt.

Szacuje się, że przeżywalność w przypadkach nagłego zatrzymania krążenia jest najwyższa, gdy defibrylacja nastąpi w okresie pierwszych 3 minut. Brak pomocy w tym czasie może powodować nieodwracalne zmiany w mózgu. Trzy minuty to za mało na przyjazd karetki. Ważne jest zatem, by jak największa liczba automatycznych defibrylatorów zewnętrznych znajdowała się w miejscach ogólnodostępnych. Koszt zakupu jednego AED to wydatek rzędu kilku tysięcy złotych, a to chyba niewiele, skoro może uratować ludzkie życie. W Stanach Zjednoczonych są one instalowane w wielu centrach handlowych, kościołach i urzędach. Na szczęście coraz więcej polskich instytucji podąża tym tropem.

W metrze i w... Leśnej

Niedawno w trzy takie urządzenia została wyposażona katowicka Straż Miejska, a w Porcie Lotniczym Katowice w Pyrzowicach „wylądowały” cztery skrzynki ratujące życie. Władze stolicy Górnego Śląska zapewniają, że niedługo defibrylatory będą tam tak powszechne jak gaśnice. Od połowy grudnia ubiegłego roku bezpieczniej też mogą czuć się mieszkańcy i turyści w Krakowie. Rozmieszczono tam 18 ogólnodostępnych defibrylatorów.

W ramach programu Miasto Bezpiecznego Serca już dwa lata temu 19 AED pojawiło się w Trzebini. Z zakresu udzielania pierwszej pomocy przeszkolono tam także ponad pół tysiąca mieszkańców gminy. Warszawską strefą bezpieczeństwa bez wątpienia jest stołeczne metro. Na ośmiu stacjach wiszą kasety z automatycznymi defibrylatorami. Jedno z takich urządzeń zostało ostatnio skradzione.

Od ponad roku automatyczny defibrylator znajduje się w Leśnej koło Żywca, a dokładnie w... zakrystii miejscowego kościoła. – W ciągu ostatnich kilku lat zdarzały się zasłabnięcia, a nawet zgony podczas nabożeństw. Stwierdziłem, że warto takie urządzenie zakupić, ponieważ przyjazd pogotowia do naszej wioski często trwa zbyt długo. Dzięki AED możemy osobę nieprzytomną podtrzymać przy życiu do momentu przyjazdu karetki – mówi „Gościowi” ks. Piotr Sadkiewicz, proboszcz miejscowej parafii. Pomimo tego, że defibrylator znajduje się w zakrystii, jest ogólnodostępny.

W szkoleniach z ratownictwa medycznego i obsługi AED wzięło udział 80 mieszkańców Leśnej i okolic. Defibrylatory ratują życie nie tylko w amerykańskich filmach. Także w polskich miastach. Wersja automatyczna tych urządzeń nie wymaga specjalistycznej wiedzy, a jedynie przełamania strachu. Im więcej samorządowców zda sobie z tego sprawę, tym bezpieczniej dla mieszkańców.



Gość Niedzielny 3/2009

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |