Tatuaż przyszłości

Ludzie tatuują się po to, by zamanifestować przynależność do jakiejś grupy, po to, by podkreślić swoją oryginalność albo… po prostu by ozdobić swoje ciało. W przyszłości tatuaż może mieć jednak jeszcze jedną funkcję. A właściwie całą ich paletę.

Zanim jednak o tatuażach... Wearables to – w największym skrócie – elektronika do noszenia. Do noszenia na nadgarstku, ale także na brzuchu, plecach czy głowie. Urządzenia elektroniczne, które mierzą puls, kroki, temperaturę, które komunikują się np. z telefonami, to już żadna nowość. To prężnie rozwijający się rynek. Zaczęło się od wojska. Żołnierze idący na misje są obwieszeni nie tylko bronią, ale także elektroniką, która ich wspiera i monitoruje. Przekazuje obraz z pola walki i pomaga podejmować decyzje dowództwu, które niezależnie od odległości jest w stanie na bieżąco śledzić sytuację.

Zawodowiec, amator, użytkownik

Potem przyszła kolej na profesjonalnych sportowców. W czasie treningów byli podłączeni do różnych czujników, a w zasadzie nosili je na sobie, dzięki czemu sztab ludzi był w stanie podejmować decyzje dotyczące strategii, limitów, diety i tego wszystkiego, co jest niezbędne, by sportowiec osiągał najlepsze rezultaty. Technologia „elektroniki ubieralnej” bardzo szybko się skomercjalizowała i trafiła do sportowców amatorów. I tak jak koszulka z wszytymi czujnikami czy kurtka produkująca energię elektryczną wciąż jest jakąś ciekawostką, tak naszpikowane elektroniką buty czy opaski na nadgarstki są do kupienia bez większych problemów. Co one robią? Liczą, monitorują, ostrzegają i zbierają informacje. Z czasem w naszych ubraniach będzie coraz więcej takich rozwiązań. Na przykład po to, by u osób chorych wykryć nieprawidłowości w rytmie serca. Ale dokładnie te same czujniki mogą być wykorzystane do tego, by monitorować serce osoby zdrowej i przestrzec przed jego przeciążeniem.

Kolejny przykład, w zasadzie obecny już pod wieloma strzechami. Dokładna analiza aktywności człowieka w ciągu dnia może posłużyć do wyliczenia, ile powinien on spać, by w pełni się zregenerować. Prosimy więc – tak, tak, można to zrobić, mówiąc – by budzik obudził nas o godzinie 7 kolejnego dnia, a program wylicza, czy do łóżka powinniśmy iść o północy czy może już o godzinie 23. Aby zadziałało, urządzenie monitorujące musimy mieć cały czas przy sobie. Dzisiaj jest w niektórych modelach telefonów. Może jutro będzie w bieliźnie?

Perspektywa noszenia na sobie czujników, procesorów, nadajników i odbiorników może się wydawać tyleż przerażająca, co odległa. W rzeczywistości tak nie jest. Przecież wielu z nas, być może nawet wielu z tych, którzy zżymają się na myśl o wearables, nie rozstaje się ze smartfonem nawet w nocy, a na myśl o wyłączeniu go czy zostawieniu w domu na czas urlopu puka się w czoło. Elektronika noszona na ciele jest naturalną konsekwencją elektroniki noszonej w kieszeni. To prawda, łatwiej jest odłożyć smartfon niż ściągnąć podkoszulek, ale z jakiegoś powodu rozstawanie się z urządzeniami mobilnymi jest zaledwie teoretyczną możliwością. W rzeczywistości przeważająca większość użytkowników z tabletem, smartfonem czy smartwatchem (zegarkiem, który ma niemal wszystkie funkcje smartfona) nie rozstaje się nawet na chwilę. A co będzie kolejnym krokiem po bieliźnie z czujnikami? Może elektroniczne tatuaże?

Klocki już mamy

Brzmi jak science fiction, ale technicznie wcale nie jest fikcją. Już dzisiaj można zrobić sobie tatuaż, który będzie nie tylko zdobił (bądź według innych – szpecił), ale będzie też miał funkcje monitorujące. Już dzisiaj mówi się o wszczepianych, choć może raczej powinno się powiedzieć: wdrukowywanych pod skórę urządzeniach, które łączyłyby nas z siecią internetową. Na razie nie po to, byśmy mogli w niej surfować myślami, ani nie po to, by wzmocnić albo uzupełnić nasze zmysły, tylko po to, by w czasie rzeczywistym móc korzystać z wszelkich dobrodziejstw sztucznej inteligencji. Ta, zbierając ogromne ilości danych o nas i o naszym otoczeniu, będzie mogła nas ostrzegać i nam pomagać.

Pisząc te słowa, zdaję sobie sprawę z jednej strony z pewnej naiwności tej wizji, a z drugiej z potencjalnych niebezpieczeństw wejścia na tę ścieżkę rozwoju. Czy opisana kilka linijek wyżej wizja jest w ogóle realna? Oczywiście. W zasadzie mamy już wszystkie elementy składowe owej układanki. Teraz trzeba je tylko do siebie dopasować. To, co do niedawna było największym wyzwaniem, w laboratoriach przeszło już wszystkie potrzebne testy. Chodzi o biokompatybilną elektronikę, która jest w stanie łączyć ze sobą dwa światy. Świat węgla, czyli świat ożywiony, ze światem krzemu, czyli światem elektroniki. Mamy już materiały, w tym barwniki, które są wodoodporne, elastyczne i przewodzą prąd elektryczny. Mamy już drukarki, które potrafią takie obwody nanosić na powierzchnię skóry. Mamy już podzespoły tak małe, że jesteśmy w stanie w całości wszczepiać je pod skórę. Kilka miesięcy temu pokazano telefon, którego elementy składowe zostały wszczepione pod skórę palca wskazującego i kciuka, a pozostałe elementy elektroniczne wydrukowano na powierzchni skóry dłoni. W efekcie człowiek mógł rozmawiać przez telefon, zbliżając do ucha kciuk, a do ust palec wskazujący.

Fuzja

Łączenie biologii z elektroniką nie jest pieśnią przyszłości. Protezy kończyn, dzięki którym człowiek kaleki jest w stanie czuć fakturę dotykanego przedmiotu, jego temperaturę czy miękkość, nie są już czymś nieosiągalnym. Są bardzo drogie – to prawda. Ale będą tańsze. Soczewki kontaktowe, na powierzchni których wyświetlane są proste obrazy, też już istnieją. Kroczymy tą drogą od wielu lat. I nie ma powodów, by sądzić, że z tej drogi zejdziemy. To ani dobrze, ani źle. Nie droga jest wyzwaniem, ale to, co na tej drodze spotkamy i jak sobie z tym czymś poradzimy. Fuzja elektroniki krzemowej (czy jakiejkolwiek innej) i biologii nie generuje innych wyzwań etycznych czy moralnych niż te, z którymi już dzisiaj się mierzymy. Ona być może czyni te wyzwania jeszcze bardziej palącymi.

Czy warto z tej drogi, drogi integracji tego, co sztuczne, z tym, co biologiczne, schodzić? Moim zdaniem nie warto. Jeżeli posiądziemy technologię druku biokompatybilnego, druku obwodów elektronicznych na powierzchni albo wewnątrz ludzkiego ciała, będziemy w stanie np. naprawiać nerwy. Dzisiaj tego nie potrafimy, co więcej, wiemy, że komórki nerwowe nie regenerują się tak jak komórki mięśniowe czy kości. To dlatego osoba z zerwanym rdzeniem kręgowym do końca życia będzie kaleką. To dlatego osoba starsza, albo obciążona genetycznie, z uszkodzonymi komórkami nerwowymi, nie odzyska pamięci, albo nie odzyska panowania nad swoim ciałem. Czy nie warto spróbować takim osobom pomóc? Pytanie retoryczne.

Koniec ery

To oczywiste, że każda technologia daje nowe narzędzia do czynienia zła. Gdy człowiek nauczył się wykuwać żelazo, zaczął też skuteczniej zabijać. Perspektywa zintegrowania biologii z elektroniką jest czymś w zasadzie logicznym. Nasze ciała też są naszpikowane elektroniką. Przewodami (komórkami nerwowymi), kontrolerami i jednym, niezwykle skomplikowanym procesorem. Korzystając z niego – z mózgu – zaczęliśmy budować układy elektroniczne oparte na nieco innej architekturze. Nie tak skomplikowane jak ludzki mózg, ale mocno wyspecjalizowane, dlatego od tego mózgu szybsze i w wielu sytuacjach skuteczniejsze.

Jednak era tworzenia „tradycyjnej” elektroniki powoli dobiega końca. Zaczynamy projektować elektronikę tak, jak zaprojektowany jest ludzki mózg. Sieci neuronowe działają inaczej niż komputery, które mamy na biurkach. Potrafimy pisać programy, które się uczą i które potrafią wyciągać wnioski z nieoczywistych powiązań pomiędzy dużymi zbiorami danych. Te programy, a właściwie te umiejętności, nazywamy sztuczną inteligencją. Kolejny krok wydaje się logiczny. Może spróbować te dwa systemy zintegrować? Dzisiaj ta integracja wymaga oczu, uszu i palców. Bo tymi zmysłami i tymi organami komunikujemy się ze smartfonami czy ogólnie z „elektroniką zewnętrzną”. Ale jutrzejsza integracja będzie realizowała się na dużo głębszym poziomie. Jak to nas zmieni – bo to, że zmieni, to pewne – nie wiem. Dowiemy się jednak o tym na pewno. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.