Jak Pan Google zmienił świat

Przedsiębiorstwo założone 20 lat temu przez dwóch doktorantów operuje dziś taką bazą danych o naszej populacji, jaką nie dysponowały żadne służby wywiadowcze w historii świata.

Pamiętacie jeszcze świat bez Google’a? Godziny spędzane w czytelniach, by dotrzeć do informacji, której znalezienie zajmuje teraz kilka sekund? Setki telefonów wykonywanych, by sprawdzić, zasięgnąć opinii, porównać i w końcu zarezerwować? Tony papieru zużywane, by dowiedzieć się, co, gdzie i kiedy? Ten świat, w którym królują gazety, mapy, encyklopedie, słowniki, a teledyski ogląda się niemal wyłącznie w telewizji…

Katalog nad katalogami

Wydaje się, że było to dawno, dawno temu, a przecież od pojawienia się w internecie wyszukiwarki Google minęło zaledwie 20 lat! Nie chce się wierzyć także w to, że pomysł, który tak bardzo zmienił świat, rodził się w... kampusie akademickim. Stali za nim dwaj doktoranci Uniwersytetu Stanforda w USA – Amerykanin Larry Page i Rosjanin Siergiej Brin, którzy realizowali wówczas naukowy projekt „Analiza dużej hipertekstowej wyszukiwarki sieciowej”. Ich pierwszym „biurem” były pokoje w dwóch oddzielnych akademikach, a pierwszy serwer powstał w obudowie z klocków Lego. Szybko okazało się jednak, że urządzenie wykorzystuje zbyt dużą część przepustowości uczelnianego łącza, dlatego doktoranci musieli przenieść sprzęt do garażu. Pomieszczenia użyczyła im Susan Wojcicki, córka amerykańskiego profesora fizyki polskiego pochodzenia – ta sama, która w 2000 r. została wiceprezesem przedsiębiorstwa, a od 2014 r. jest prezesem przejętego wcześniej przez ­Google’a serwisu YouTube.

Nazwa „Google” pochodzi od słowa „googol”, oznaczającego dziesięć do potęgi setnej. Miała ona obrazować cel, który postawili sobie naukowcy: objęcie zasięgiem wyszukiwarki jak największej ilości stron internetowych. Misja rodzącego się przedsiębiorstwa została jasno określona: „skatalogowanie światowych zasobów informacji i uczynienie ich powszechnie dostępnymi i użytecznymi”. Co prawda w momencie startu Google’a istniało już na rynku kilka znanych wyszukiwarek, m.in. Yahoo!, AltaVista czy Yandex, jednak zastosowana przez dwóch doktorantów nowatorska metoda analizy powiązań hipertekstowych okazała się przełomowa.

Recepty Doktora Google’a

Page i Brin wyszli z założenia, że wyszukiwarka oparta na matematycznej analizie zależności pomiędzy stronami internetowymi będzie skuteczniejsza niż zwykłe segregowanie wyników na podstawie częstotliwości występowania danej frazy. W pierwszych latach wyszukiwarka Google najwyżej wyświetlała więc te strony, które najczęściej były linkowane z innych stron. Ze względu na łatwość manipulacji wynikami trzeba było po latach ten algorytm nieco zmodyfikować. Okazało się bowiem, że wystarczy, by skrzyknęła się grupa internautów i już np. po wpisaniu hasła „kretyn” wyskakiwała na pierwszym miejscu strona Andrzeja Leppera. Na te niedoskonałości zwrócono jednak uwagę znacznie później. W tym czasie firma Google stała się potentatem na rynku wyszukiwarek. W 2004 r. kontrolowała już 80 proc. tego rynku. Dwa lata później słowo „google”, jako czasownik, trafiło do angielskich słowników. Zresztą w Polsce też mówimy dziś o guglowaniu, kiedy chcemy podkreślić łatwość internetowego poszukiwania. Bo właśnie owa łatwość, intuicyjność jest największym atutem słynnej wyszukiwarki. Tak przyjaznej, że niektórzy nadają jej nawet żartobliwie cechy ludzkie, mówiąc o „Panu Google’u” albo „Doktorze Google’u”, który zna odpowiedź na wszystkie pytania, zawsze udzieli porady, pewnie nawet przepisze receptę.

Z tymi receptami jest jednak pewien problem. Skoro najczęściej klikamy w to, co znajduje się najwyżej, pozycja w Google’u stała się niezwykle cennym towarem. Tak narodziła się nowa gałąź biznesu, zwana pozycjonowaniem albo też SEO (od angielskiego: ­search engine optimization, czyli „optymalizacja dla wyszukiwarek internetowych”). Istnieje wiele firm, które wyspecjalizowały się w rozpracowywaniu algorytmów wyszukiwarek i proponują swoje usługi w podnoszeniu pozycji stron internetowych. A to oznacza, że informacja znajdująca się najwyżej wcale nie musi być najtrafniejsza. Być może została tylko dobrze opłacona. Nieufność wobec googlowej hierarchii wzmacniają pojawiające się od czasu do czasu oskarżenia o manipulacje, kierowane pod adresem samego przedsiębiorstwa. Niedawno takie zarzuty postawił Donald Trump, który twierdzi, że wyszukiwarka Google promuje krytykujące go portale lewicowe, a te, które piszą o nim dobrze, spychane są na szary koniec.

Ryzykowna wygoda

Powołany do życia w 2015 r. konglomerat Alphabet, w którym Google stanowi największe przedsiębiorstwo, zajmuje dziś drugie, po Apple, miejsce wśród najwyżej wycenianych spółek giełdowych świata. Alphabet zatrudnia obecnie ok. 90 tys. pracowników. Szacuje się jednak, że przynajmniej drugie tyle pracuje na umowach śmieciowych. Przychody firmy wyniosły w zeszłym roku 110,9 mld dolarów.

Mówiąc o dzisiejszej potędze firmy Google, nie mamy jednak na myśli wyłącznie wyszukiwarki. To przecież cała sieć usług, obejmująca pocztę, przeglądarkę Google Chrome, mapy i panoramy ulic, aplikacje fotograficzne, serwis YouTube, chmury do przechowywania plików, używany w telefonach system Android i połączone z nim usługi, nierzadko rejestrujące naszą lokalizację. Jeśli spojrzymy na to całościowo, nietrudno nam będzie dostrzec, że amerykańskie przedsiębiorstwo operuje taką bazą danych o naszej populacji, jaką nie dysponowały żadne służby wywiadowcze w historii świata. A to rodzi poważne pytania o to, jak ta wiedza może być wykorzystywana. Wprawdzie to internauci sami decydują, jakie dane powierzają Google’owi, jednak prawda jest taka, że większość z nas zbyt ceni wygodę, by dopuszczać do siebie myśl o ponoszonym ryzyku. Tymczasem np. z akt wyniesionych przez Edwarda Snowdena z agencji NSA wiadomo, że Google podpisał z nią umowę, która pozwalała agentom na dostęp do części danych zgromadzonych na serwerach firmy. Niedawno wyszła na jaw współpraca Alphabeta z Pentagonem w pracach nad programem wiążącym sztuczną inteligencję z rozwojem robotów wojennych. Etyczne wątpliwości budzą też prace nad ocenzurowaną wersją mobilnej wyszukiwarki przeznaczonej na rynek chiński.

Kij ma dwa końce

A co dwie dekady ­Google’a oznaczają dla przeciętnego Kowalskiego? Z pewnością był to czas prawdziwej rewolucji, jaka dokonała się w naszych umysłach. Google zmienił przecież totalnie chociażby nasze myślenie o edukacji. Bo po co wkuwać cokolwiek na pamięć, skoro można to w każdej chwili wyguglować? Po co czytać całość, skoro można precyzyjnie wbić się we fragment zawierający kluczowe słowa? Po co myśleć, kombinować, skoro wyszukiwarka od razu podpowie sprawdzone rozwiązanie?

Google jest więc kijem, który ma dwa końce. Z jednej strony daje nam nieograniczony niemal dostęp do informacji, sprawiając, że nawet laik może posiąść wiedzę, która dawniej wymagała wnikliwych studiów. To ogromne ułatwienie codziennego życia. Z drugiej jednak strony taki stopień wygody może też rozleniwiać, usprawiedliwiać bezmyślność, a nawet zabijać kreatywność. Dodajmy do tego ogromną ilość danych, które gromadzi o nas przedsiębiorstwo, odkąd tylko założymy sobie konto Google: historię naszej lokalizacji, wyszukiwania i aktywności w serwisie, wiedzę o aplikacjach, z których korzystamy. Wszystko to sprawia, że do niewątpliwych atutów Google’a powinniśmy podchodzić z ostrożnością. Jak w przypadku każdego narzędzia, wiele zależy od tego, w jaki sposób z niego korzystamy.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • RR
    30.10.2018 12:27
    w logo google sa 3 szóstki. używajcie duckduckgo - nie zbieraja prywatnych danych w przeciwienstwie do doktora g. Po drugie lewackie wplywy i promowanie wszelkiego rodzaju antychrzescijanskich wartosci jest skrycie popychane w kierunku kazdego z nas. Problem w tym ze ludzie za bardzo cenia sobie wygode i łatwość korzystania i ani myslą o zmianach. Ja nie uczestniczę i nie będę w promowaniu tej szatańskiej marki
  • antychryst nadchodzi
    01.11.2018 23:49
    Niestety, Google jest w tej chwili głównym wehikułem promocji LGBT, feminizmu i wszelkiego rodzaju anty-chrześcijańskiej i lewicowej ideologii.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.