Bezrobotny przyszłości

Rozwój technologiczny odbiera miejsca pracy, ale równocześnie tworzy inne. Zawody, które dzisiaj wykonujemy, w przyszłości będą jedynie wspomnieniem. Z kolei te, które powstaną, dzisiaj jeszcze nie mieszczą nam się w głowach.

Raporty dotyczące przyszłego rynku pracy mówią dość jasno, że spora część dzieci, które dzisiaj zaczynają szkołę podstawową, nie będzie pracowała w żadnym z aktualnie znanych zawodów. Ta spora część oceniana jest na 40–60 proc. Czy będą systemowo bezrobotni? Nie, choć…

Patrząc na rozwój cywilizacji, można zauważyć, że wielokrotnie w przeszłości pojawiały się technologie, które wypierały z rynku pracy ludzi. Najdobitniejszymi tego przykładami były rewolucja przemysłowa i maszyna parowa. Potem silniki spalinowe i elektryczne. One spowodowały, że w fabrykach znacznie zmniejszyła się liczba potrzebnych do pracy rąk. Te zmiany wywoływały tak silny sprzeciw, że z ich powodu ludzie wychodzili na ulice. Tego typu procesy są jednak nieuniknione, a protesty przypominają zawracanie kijem rzeki. Można próbować, ale i tak nie wyjdzie. Zmiany technologiczne i idące za nimi zmiany społeczne nigdy nie powodowały trwałego bezrobocia. Nowe technologie wymagają nowych specjalistów. Bogacące się społeczeństwa wymagają nowych dóbr i większej ilości tych dóbr, które są już znane. Postęp przekłada się także na edukację, a edukacja na mobilność. To z kolei tworzy nowe rynki, które oferują usługi dotychczas albo niedostępne, albo dostępne tylko dla nielicznych. Tak było na przykład z rynkiem przewozów lotniczych. Przecież jeszcze nie tak dawno lot samolotem zarezerwowany był jedynie dla finansowej elity. Dzisiaj nawet podróżując po kraju, lepiej w pierwszym rzędzie sprawdzić ofertę lotniczą, a dopiero potem kolejową. Lot samolotem z Krakowa do Gdańska przeważnie jest dużo tańszy niż przejazd pociągiem. W efekcie liczba osób korzystających z samolotów gwałtownie rośnie. W Polsce w 2017 roku wynosiła ona 40 milionów. To wzrost o ponad 17 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Lotniska w takich miastach jak Warszawa czy Katowice w ostatnich latach notowały roczne wzrosty o ponad 20 proc.

40 milionów to dalej niewiele w porównaniu z ponad 300 milionami podróżujących pociągami, ale z drugiej strony 10 lat temu w Polsce z lotnisk korzystało około 10 milionów osób (dzisiaj to ponad 4 razy więcej). Tych pasażerów trzeba obsłużyć, trzeba ich dowieźć do lotniska, na miejscu zapewnić komfort oczekiwania, a w powietrzu bezpieczeństwo. Trzeba kupić samoloty, trzeba budować terminale, a gdy te przestaną wystarczać, trzeba zacząć myśleć nad budową nowych lotnisk.

Cały sektor usług, który kiedyś był niszowy, nagle staje się ważną gałęzią gospodarki, która zasysa pracowników z rynku jak odkurzacz. O ile na rynku znajdzie odpowiednich specjalistów.

Potrzeba rozumu?

W przeszłości zawsze było tak, że zmiana technologiczna czy społeczna powodowała marginalizację jednych zawodów, ale równocześnie powstawanie innych. Te zmiany przyspieszyły na przełomie XX i XXI wieku, a kompetencjami, które w tej pędzącej zmianie maksymalizują prawdopodobieństwo sukcesu, są mobilność i chęć oraz umiejętność do przekwalifikowania. Tak było dotychczas, ale czy tak będzie zawsze?

Coraz częstsze są głosy, które mówią, że roboty (rozumiane nie tylko jako urządzenia mechaniczne, ale także jako programy komputerowe) odbiorą nam pracę. Ta rewolucja ma być inna niż wszystkie poprzednie. Poprzednie dotyczyły mechaniki wykonywania pewnych procesów. Urządzenia mechaniczne pewne czynności wykonywały po prostu szybciej. Dzisiaj nie chodzi o mechanikę, tylko o intelekt. Tutaj można się zastanowić, czy „rozum” maszyny kiedykolwiek dorówna naszemu. Znaczna część codziennych obowiązków nie wymaga zaawansowanego intelektu. Natomiast tam, gdzie rzeczywiście procesy myślowe są niezbędne (np. w pracy kontrolera ruchu lotniczego czy maklera giełdowego), ilość zmiennych już dawno przekroczyła możliwości analityczne naszego mózgu i bez komputerów oraz programów, które w zasadzie podejmują decyzje tylko autoryzowane przez człowieka, system już dawno nie mógłby funkcjonować.

Dzisiaj, gdyby globalnie spojrzeć na zmiany na rynku pracy, można powiedzieć, że na znaczeniu stracą zawody analityczne. Te, które polegają na wyciąganiu wniosków z danych, na ich analizie, segregowaniu. Prognozy mówią, że w świecie przyszłości (nie za 500 lat, ani za 100, tylko dużo wcześniej) księgowych, prawników, analityków giełdowych będzie mniej. Rynek nie będzie potrzebował też tych, którzy dzisiaj (najczęściej telefonicznie) kontaktują się z klientami. Już w tej chwili banki czy instytucje wykorzystują (na razie w niewielkim stopniu) programy do obsługi głosowej klientów. Część z nas, dzwoniąc do banku, firmy ubezpieczeniowej czy jakiejkolwiek instytucji, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, rozmawiała z automatem. W bliskiej przyszłości to „inteligentne” programy będą udzielały informacji na lotniskach, w hotelach czy centrach turystycznych. Dzisiaj barierą jest fizyczność, wolimy rozmawiać z kimś, kto ma głowę, oczy, uśmiecha się i podaje nam rękę na przywitanie. Ale w przyszłości (i znowu, moim zdaniem, dość niedalekiej) roboty humanoidalne będą wystarczająco przypominały człowieka, by móc zasiąść np. w recepcji hotelowej. Kilka lat temu z takim właśnie robotem rozmawiałem w jednym z tokijskich hoteli. Biorąc pod uwagę fakt, że w dalekiej Azji ludzi charakteryzuje oszczędność emocji i związanej z nimi mimiki, prawie dałem się nabrać, że rozmawiam z żywą osobą.

Zagrożenie czy szansa?

Z pracą będą musieli pożegnać się kierowcy autobusów (tramwajów i pociągów) oraz taksówkarze. Czy będzie wtedy potrzebna policja drogowa? A może wystarczy specjalny oddział informatyków, którzy będą korygowali oprogramowanie pojazdów, które „zechciały” poszaleć po ulicach? Z czasem z pracą pożegnają się także piloci i listonosze. Ci, którzy dzisiaj rozwożą pocztę i dostarczają przesyłki, zostaną zastąpieni przez eskadry dronów. Zatrudnienie stracą telemarketerzy, bibliotekarze i niżsi urzędnicy, których praca w dużej mierze polega na segregowaniu informacji i wprowadzaniu ich do systemów komputerowych. Tym właśnie zajmuje się m.in. armia ludzi w bankach. Oni już powinni myśleć o przekwalifikowaniu. Szacuje się, że w ciągu najbliższych pięciu lat banki zmniejszą zatrudnienie o około 30 proc. Mimo tego, że zapotrzebowanie na usługi bankowe rośnie. Ta zmiana także jest skutkiem rozwoju technologicznego.

Sektor transportu (i ludzi, i towarów), mimo że cały czas rośnie w siłę, będzie potrzebował coraz mniej pracowników. Podobnie rolnictwo, którego mechanizacja trwa nieprzerwanie od setek lat. Ta mechanizacja, m.in. dzięki technologiom satelitarnym, w ostatnich latach przyspieszyła, a wciąż jesteśmy przed prawdziwym sprintem.

Niezależnie od sektora w najbliższych latach mogą pożegnać się z pracą także osoby zajmujące się kontrolą (jakości, ludzi, towarów, ale także transakcji). Wbrew temu, co mogłaby podpowiadać intuicja, zagrożonych jest również kilka zawodów, które kojarzą się (choć często niesłusznie) z kreatywnością. Dobrym przykładem są programiści i dziennikarze. Algorytmy piszące programy komputerowe (aplikacje) już istnieją i bardzo szybko się rozwijają. Tak samo jak algorytmy, które pozbawiają pracy dziennikarzy. Oczywiście nie tych, którzy piszą reportaże, dłuższe analizy czy robią wywiady (na razie ci mogą czuć się bezpiecznie), ale tych, którzy pracują w agencjach prasowych czy działach newsowych. Wszędzie tam, gdzie trzeba się wykazać szybkością i umiejętnością syntezy materiału albo kompilacji kilku różnych źródeł. To znacznie szybciej zrobi (i w wielu gazetach na świecie już robi) program komputerowy niż człowiek.

Ogromnym sektorem, który w kolejnych latach ulegnie przemianom, jest przemysł. Coraz bardziej zaawansowane urządzenia będą wypierały ludzi pracujących w kopalniach czy hutach. Wszędzie tam, gdzie nie chodzi tylko o to, by było taniej i szybciej, ale także bezpieczniej. Ponadto maszyna (o ile jest odpowiednio zaprojektowana) może pracować w warunkach tak uciążliwych, że wprowadzanie tam człowieka byłoby niemożliwe. W mechanizacji przemysłu pomagają (a w zasadzie go napędzają) technologie kosmiczne. W Polsce, zgodnie z raportem Aktywni+, do 2034 roku (a więc w ciągu zaledwie 15 lat) „automatyzacją zagrożonych jest 40 proc. polskich miejsc pracy”. No właśnie, czy dobrym słowem jest tutaj „zagrożonych”? Może to nie zagrożenie, ale szansa, by ludzie, których zdrowie i życie jest dzisiaj narażone na szwank, dzięki technologii mogli pracować w dużo lepszych warunkach? Nie ma obaw, wraz ze znikaniem (marginalizowaniem) jednych zawodów, będą powstawały inne. Kto się ostanie? Co będą robiły nasze dzieci i wnuki? To już jest temat na zupełnie inny artykuł.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |