Zaburzenie nasycenia krwi tlenem i tempa oddechu przemawiają za wyższym zagrożeniem śmiercią z powodu infekcji SARS-CoV-2. Chorzy łatwo mogą je sprawdzić sami, w domu - przekonują naukowcy z University of Washington (USA).
Jak zwracają uwagę badacze, osobom z COVID-19 zwykle zaleca się szukanie pomocy, gdy zauważą u siebie trudności z oddychaniem i utrzymujący się ból lub ucisk w klatce piersiowej. Tymczasem takie objawy mogą być nieobecne, nawet gdy infekcja stwarza zagrożenie - twierdzą.
Przeprowadzone przez nich badanie z udziałem ponad tysiąca pacjentów hospitalizowanych z powodu COVID-19 wykazało duże znaczenie dwóch parametrów - tempa oddechu i stężenie tlenu we krwi. Każdy może bez trudu je mierzyć.
"Wyniki te mają odniesienie do doświadczeń większości pacjentów z COVID-19 - pozostawiania w domu, zdenerwowania, niepewności co do postępów choroby i sensu udania się do szpitala" - podkreśla dr Neal Chatterjee, współautor pracy opublikowanej w piśmie "Influenza and Other Respiratory Viruses".
Ustalenia badaczy wskazują, że czekanie z wizytą w szpitalu na pojawienie się zwykle przytaczanych objawów może skończyć się tragicznie. "Początkowo większość pacjentów z COVID-19 nie ma kłopotów z oddychaniem. Mogą oni mieć dosyć niskie nasycenie krwi tlenem, a mimo to nie odczuwać objawów. Jeśli pacjenci będą stosowali się do obecnych zaleceń, to ponieważ mogą nie odczuwać kłopotów z oddechem, zanim ilość tlenu w krwi mocno nie spadnie, stracimy szansę na wprowadzenie ratującego życie leczenia" - mówi dr Nona Sotoodehnia, współautorka badania.
Choć wielu z przebadanych pacjentów cierpiało z powodu zbyt niskiej ilości tlenu (w tym badaniu - 91 proc. lub mniej) oraz spłyconego szybkiego oddechu (23 oddechy na minutę), tylko nieliczni donosili o duszności czy kaszlu. Okazało się przy tym, że osoby z niedotlenieniem były od 1,8 do 4 razy bardziej zagrożone śmiercią (zależnie od poziomu tlenu). Natomiast osoby z przyspieszonym oddechem miały ryzyko od 1,9 do 3,2 razy większe. Co więcej, inne parametry, takie jak temperatura, tętno i ciśnienie krwi nie były związane z poziomem zagrożenia śmiercią.
Niemal wszyscy pacjenci z zaburzonym oddechem i natlenieniem wymagali podawania tlenu. "Podajemy tlen pacjentom, aby utrzymać nasycenie nim krwi na poziomie od 92 do 96 proc. Trzeba pamiętać, że tylko pacjenci otrzymujący tlen korzystają z ratujących życie skutków podania glikokortykoidów" - zwraca uwagę dr Sotoodehnia. "Nasi niedotlenieni pacjenci, kiedy zjawili się w szpitalu, mieli średni poziom nasycenia tlenem równy 91 proc. To znaczy, że duża ich liczba była poniżej poziomu, przy którym zaaplikowalibyśmy ratujące życie leczenie. Dla nich pomoc ta przyszła z opóźnieniem" - dodaje specjalistka.
To ważne informacje dla lekarzy pierwszego kontaktu, także udzielających teleporad, ponieważ to oni zwykle jako pierwsi pomagają pacjentom z wykrytym wirusem. "Zalecamy, aby CDC (Centers for Disease Control and Prevention - Centra Kontroli i Zapobiegania Chorobom - przyp. PAP) oraz WHO rozważyły zmianę swoich zaleceń, tak aby uwzględniały populację osób bez objawów, które powinny być przyjęte do kliniki. Jednak ludzie nie znają najczęściej zaleceń CDC i WHO. Dowiadują się o nich od lekarzy i z wiadomości prasowych" - podkreśla dr Chatterjee.
Naukowcy doradzają jednocześnie, aby osoby z pozytywnym wynikiem testu na COVID-19, szczególnie zagrożone powikłaniami, zaopatrzyły się w miernik nasycenia krwi tlenem i sprawdzały, czy nie spada ono poniżej 92 proc.
To niedrogie, nieduże urządzenie, które zakłada się na czubek palca.
"Jeszcze prostszy jest pomiar częstości oddechu - wystarczy policzyć, ile oddechów wykonuje się w ciągu minuty. Można poprosić przyjaciela lub członka rodziny, aby obserwował nas przez minutę, kiedy nie będziemy skupiali uwagi na oddychaniu. Jeśli przekroczy się 23 oddechy, trzeba skontaktować się z lekarzem" - tłumaczy dr Sotoodehnia.
Więcej informacji na stronie: https://newsroom.uw.edu/news/covid-19-mortality-linked-signs-easily-measured-home
Marek Matacz
Pierwszy odnotowany przypadek użycia narzędzi przez krowę opisano na łamach pisma "Current Biology".
Ogólnie nie powinniśmy przyzwyczajać dzikich zwierząt do łatwo zdobywanego pokarmu.
Dążenie do maksymalnego szczęścia to idea społeczeństw zachodnich - wynika z badania.
Czy niedźwiedzie naprawdę "idą spać", a jeże niemal zamarzają na kilka miesięcy?