Jest wszędzie!

To brzmi jak kiepski żart. Amerykańskie agencje zostały zobowiązane do ujawnienia danych dotyczących UFO – informacji, które mają w swoich archiwach na temat niezidentyfikowanych obiektów latających. Co było robić? Skoro trzeba, to trzeba. I ujawniły.

UFO – wiadomo, to latający spodek albo coś niekształtnego, prowadzonego albo pilotowanego przez obcych, przez kosmitów. Do takiego przynajmniej obrazu przyzwyczaiły nas książki czy filmy science fiction. Naukowo nie da się wykluczyć istnienia innych, pozaziemskich cywilizacji, ale ujawnione m.in. przez amerykańskie wojsko zdjęcia takiego dowodu nie dostarczają.

Dowód na wszystko

Dyskusje o zaawansowanych technologicznie obcych są w zasadzie nierozstrzygalne. Gdy jedna osoba zastanawia się nad tym, czy statek obcych mógłby pozostać niezauważony, zawsze można odpowiedzieć, że ONI z całą pewnością dysponują technologią, która zamaskowałaby obiekt wielkości Księżyca. Gdy ktoś inny wyraża wątpliwość wynikającą z ogromnych odległości do najbliższych obiektów, które mogłyby być domem dla zaawansowanych cywilizacji, adwersarz ma w zanadrzu argument, że dla ICH (tych obcych) technologii odległość nie ma znaczenia. Skoro nikt ich nie zobaczył, skoro nie ma bezpośredniego dowodu na ich istnienie, w zasadzie można o nich (bezkarnie) opowiedzieć wszystko. Nawet to, że ich statki (obiekty latające) łamią wszelkie prawa fizyki. Bo w sumie jak udowodnić, że łamać nie mogą? I tak mamy – w filmach czy książkach – obiekty, które latają na niebie, ale ich konstrukcja jest tak wątła, że nie przetrwałyby nawet podróży naddźwiękowych, nie mówiąc już o lataniu w przestrzeni kosmicznej czy o wchodzeniu w ziemską atmosferę. Mamy też obiekty tak potężne, że Księżyc przy nich jest kruszynką. Jak są napędzane? Na pewno mają jakąś supertechnologię – pada odpowiedź, która zamyka w zasadzie dalszą dyskusję. Pokonywanie dużych odległości – żaden problem. Sztuczna grawitacja w środku – pestka. Ogromne oszklone powierzchnie, które utrzymują ciśnienie? – A skąd wiesz, że potrzebują jakiegokolwiek ciśnienia? Może mogą funkcjonować w próżni? No niby mogą, ale jeżeli tak, to w sumie byłoby taniej przylecieć otwartym kabrioletem (zresztą jeden, ten wysłany przez Elona Muska, wciąż krąży gdzieś w okolicach Marsa).

I tak można o kosmitach i ich technologiach dyskutować godzinami, kończąc mniej więcej w tym samym miejscu, w którym rozmowa się zaczęła. Nic nie wiemy, bo nie mamy żadnych dowodów. Choć oczywiście jest grupa ludzi twierdzących, że dowodów jest mnóstwo, tylko są ukrywane; że obcy odwiedzają Ziemię od dawna, tylko jest to trzymane w tajemnicy. Zwolennicy takiego poglądu w ramach procedury analogicznej, która u nas, w Polsce, nazywa się prawem dostępu do informacji publicznej, w Stanach Zjednoczonych sądownie wymusili na agencjach rządowych oraz na wojsku ujawnienie wszystkiego, co wiedzą o UFO – czyli o niezidentyfikowanych obiektach latających.

Sporo tego

Wiarę w utajnione wizyty kosmitów rozpalił incydent, który miał miejsce w stanie Nowy Meksyk, niedaleko miejscowości Roswell, w 1947 roku. Rozbił się tam amerykański balon z aparaturą szpiegującą, a konkretnie robiącą pomiary stężenia izotopów promieniotwórczych w wyższych partiach atmosfery. Celem było określenie, czy Związek Radziecki przeprowadza próbne wybuchy jądrowe. Teren, na którym rozbił się balon, otoczono i zamknięto. Wcześniej mieszkańcy okolicy widzieli spadający z nieba obiekt o dziwnych kształtach. Resztki urządzeń przetransportowano do pobliskiej bazy wojskowej, a teren dokładnie oczyszczono. Ten incydent rozgrzał opinię publiczną.

W rzeczywistości krótko po tym incydencie Armia USA rozpoczęła program poszukujący obiektów latających niewiadomego pochodzenia. Prowadzono go przez 20 lat i udokumentowano kilkaset sytuacji, w których zarejestrowano tego typu obiekty. Przez kolejne lata pytanie o nie (z sugestią, że na pewno pochodzą z kosmosu) wywoływało tylko uśmiech politowania. Choć trudno podejrzewać, że odpowiednie służby nie rejestrują tego, co porusza się na niebie. Aż w zeszłym roku znaleziono furtkę, jak się do tych danych dobrać. Była nią podpisana jeszcze przez prezydenta Donalda Trumpa ustawa… covidowa. To w niej znalazły się zapisy o dostępie do informacji o bezpieczeństwie lotów, a więc i do informacji o obiektach, które temu bezpieczeństwu zagrażają. Być może był to tylko pretekst, ale faktem jest, że Kongres USA zażądał od wywiadu i wojska odpowiedniego raportu. Miały się w nim znaleźć przypadki napotkania UFO. Taki raport właśnie się ukazał, z ostatnich kilkunastu lat. Znalazły się w nim 143 incydenty, których nie udało się wyjaśnić. W całym raporcie nie pada ani razu słowo „kosmita”, „obcy” czy „kosmos”. Znajdują się jednak stwierdzenia mówiące o tym, że zachowania niektórych obiektów nie sposób wytłumaczyć na podstawie znanych dzisiaj technologii i/lub praw przyrody. Najwięcej incydentów dotyczy lotnictwa, co w sumie jest logiczne, skoro mowa o obiektach latających. Druga w kolejności raportowania jest Marynarka USA. W raportach opisywane są obiekty, które poruszają się z ogromną prędkością, które zachowują trudną do wyjaśnienia zwrotność oraz te, które wydają się nie poruszać wcale, wręcz „wisieć” w przestrzeni mimo np. silnego wiatru. Znalazł się nawet przypadek tajemniczych obiektów, które miały poruszać się z ogromną prędkością, by chwilę później zniknąć pod wodą.

Co to może być?

Raport pisze o „nieoczywistej technologii, która mogła być zaawansowana”, ale też o tym, że przeważająca większość materiałów filmowych czy zdjęć ma zbyt niską jakość, by można było na ich podstawie cokolwiek powiedzieć. Co ciekawe, większość takich incydentów rejestrowano podczas ćwiczeń wojskowych, manewrów na morzu oraz w pobliżu amerykańskich baz i poligonów czy samolotów wojskowych. Z drugiej strony nie musi to wcale znaczyć, że inne mocarstwa wykorzystują nowe, nieznane technologie, by szpiegować. Obszar w pobliżu baz, poligonów czy w miejscu, gdzie odbywają się manewry, jest szczególnie pilnowany i monitorowany. Czy zatem nie jest logiczne, że właśnie tam odkrywa się najwięcej obiektów, których nie da się zidentyfikować?

Czym mogą być te obiekty? W zasadzie (niemal) wszystkim. Być może to testy nowych technologii, testy, o których nie wie nawet armia. To mogą być oczywiście urządzenia szpiegowskie, ale także urządzenia naukowe, które uległy awarii albo znalazły się daleko od miejsca, w którym powinny być. Po upublicznieniu raportu udało się np. zidentyfikować jeden z takich niezidentyfikowanych obiektów jako uszkodzony balon meteorologiczny. Autorzy opracowania nie ukrywają, że za część zaraportowanych incydentów mogą być odpowiedzialne błędy urządzeń pomiarowych albo „błędna percepcja obserwatora”. Nie wszystkie zdarzenia zostały bowiem sfilmowane lub sfotografowane, a niektóre opierają się tylko na zeznaniach naocznych świadków.

Co to wszystko oznacza w praktyce? To, że w zasadzie nic nie wiadomo. W raporcie o UFO nie ma dowodów na wizyty obcych na Ziemi. Jest podanych sporo przykładów niezbyt wyraźnie sfotografowanych obiektów, z których niektóre rzeczywiście zachowują się dziwnie. Czy raport zmniejszy ilość spiskowych teorii? Absolutnie nie! Część raportu została utajniona (ze względu na tajemnicę państwową) i choćby to rozgrzewa emocje. – Pokazali nam nieistotne przypadki, a te prawdziwe wciąż trzymają w zamknięciu – można przeczytać na forach UFOlogów. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama