Wielkie… wybijanie

Rząd Nowej Zelandii ma zamiar w bezprecedensowy sposób walczyć 
o ochronę środowiska naturalnego. 
Chce pozbyć się wszystkich gatunków, 
które przybyły na wyspy z osadnikami.

Plan jest ambitny, by nie powiedzieć – szalony. Do 2050 roku z obszaru Nowej Zelandii mają całkowicie zniknąć drapieżniki, które nie wchodzą w skład oryginalnej fauny wysp. Gatunki inwazyjne są coraz większym kłopotem.

Inwestycja za miliardy

Inwazyjne (inaczej alochtoniczne) są te gatunki, które odznaczają się dużą ekspansywnością na terenach, na których nie mają swoich naturalnych wrogów albo mają ich tak mało, że nie istnieje pomiędzy nimi równowaga. W konsekwencji gatunki inwazyjne (i roślin, i zwierząt) zagrażają oryginalnej florze i faunie miejsca, w którym się rozmnażają. Nie tyle więc konkurują z gatunkami miejscowymi (konkurencja to naturalny mechanizm), ile są powodem ich wymierania. Zdarza się często, że w swoim naturalnym środowisku gatunek jest w doskonałej równowadze z otoczeniem, ale przeniesiony w nowe miejsce, sieje – dosłownie – spustoszenie. Koszty tego spustoszenia władze Nowej Zelandii obliczyły na grubo ponad 2 miliardy dolarów rocznie. Z obliczeń wynika, że tylko szczury, oposy i gronostaje zabijają rocznie około 25 milionów nowozelandzkich ptaków. Drugą po ptakach ofiarą obcych drapieżników są jaszczurki. Wymienione drapieżniki pojawiły się w Nowej Zelandii wraz z białymi osadnikami. W odizolowanej od świata oceanem Nowej Zelandii gatunki przyjezdne nie mają wrogów i rozmnażają się w zastraszającym tempie. Władze kraju postanowiły powołać więc organizację, która będzie odpowiedzialna za wytępienie obcych gatunków.

W pierwszym roku na budowę pułapek, płotów i zakup środków trujących Nowozelandczycy chcą przeznaczyć około kilkudziesięciu milionów dolarów. Budżet całej akcji (rozłożonej na 50 lat) ma jednak wynieść ponad 6 miliardów dolarów. Choć to kwota kosmicznie duża, w analogicznym okresie tylko w rolnictwie straty spowodowane funkcjonowaniem obcych gatunków inwazyjnych wyniosą aż 11 miliardów dolarów. Pozbycie się nie swoich drapieżników rząd Nowej Zelandii traktuje więc jak inwestycję.

Inwazja roślin

Nie ma wątpliwości, że projekt jest największą inicjatywą mającą na celu ochronę lokalnej przyrody, jaka kiedykolwiek powstała. Eksperci zwracają uwagę, że najtrudniej będzie się pozbyć tych gatunków, które hodują w domach ludzie, czyli szczurów i myszy. Te zwierzęta mają bardzo małe wymagania, jeżeli chodzi o pokarm i warunki bytowania, stąd ich populacja może być odnawiana przez te osobniki, które uciekają ludziom albo są przez nich wypuszczane.

Problem gatunków inwazyjnych nie dotyczy oczywiście tylko Nowej Zelandii czy nawet krajów, które są odizolowane wodą. Dotyczy także Polski. Inicjowane przez człowieka rozprzestrzenianie się gatunków roślin i zwierząt jest uważane za jedną z najważniejszych przyczyn zagrożenia różnorodności biologicznej w XXI wieku. W Polsce jest prawie 500 gatunków roślin, które są u nas silnie zadomowione, choć tak naprawdę z polską florą nie mają nic wspólnego. Dzisiaj wiele z nich jest w Polsce tak powszechnych, że trudno sobie bez nich wyobrazić nasze ogrody czy parki. Przecież gatunkami w Polsce obcymi są akacja i niektóre gatunki sosny. A także łubin, chrzan i… barszcz Sosnowskiego. Ten ostatni jest nie tylko gatunkiem obcym i inwazyjnym, ale także niebezpiecznym, nawet dla ludzi. Ta „jadowita” roślina została do nas przywieziona z Kaukazu. Z kolei pałka wysmukła, kilka lat temu sprowadzana jako roślina ozdobna do wodnych oczek ogrodowych, pochodzi z Azji Wschodniej. Dzisiaj można ją spotkać na terenie niemal całego kraju. Ze wschodnich Indii pochodzi niecierpek gruczołowaty (porasta doliny rzek). Polski nie jest też tatarak, który został do nas przywieziony z Turcji. Tatarzy używali jego kłączy do poprawy smaku wody. Dzisiaj trudno znaleźć w Europie miejsca wolne od tej rośliny. Podobnie jak nie sposób uwolnić się od moczarki kanadyjskiej. Rośliny wodnej, która pochodzi z obszaru pomiędzy Kalifornią a Karoliną Północną w USA.

Co z maturą?

Tyle rośliny, a zwierzęta? Choć intuicja podpowiada, że to zwierzęta powinny być bardziej mobilne i przez to inwazyjne (rośliny przecież się nie poruszają), w rzeczywistości liczba gatunków obcych zwierząt i roślin jest podobna. Nie sposób wymienić je wszystkie, ale nie można w tym kontekście nie wspomnieć o jenocie i norce amerykańskiej. Obydwa gatunki zostały sprowadzone w celach hodowlanych. Inwazyjna i obca jest także stonka kukurydziana. I bynajmniej nie zrzucili jej Amerykanie.

Czy to, co robią w Nowej Zelandii, ma sens? Cóż, odpowiedź na to pytanie zależy od odpowiedzi na inne. Co jest naturalne, a co sztuczne? W Polsce gatunkiem obcym jest kasztanowiec. Ale czy można sobie wyobrazić parki, ogrody czy ulice bez kasztanów? Gdyby go nie było, skąd wiedzielibyśmy, kiedy zdawać maturę? A mówiąc poważnie: gatunki obce, a szczególnie te inwazyjne, niewątpliwie zmieniają nasze otoczenie. Trzeba mieć świadomość, że niektóre z nich to otoczenie mogą zmienić nie do poznania. Pozbycie się ich może być jedynym sposobem na zachowanie naturalnego dziedzictwa i ochronę zagrożonych gatunków. Ale o wyrzuceniu z Polski czy jakiegokolwiek kraju wszystkich gatunków obcych można zapomnieć. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg