Co z tym klimatem?

To prawda, że klimat jest zmienny. To prawda, że dwutlenek węgla jest niezbędny dla funkcjonowania życia. To prawda, że Polska emituje znacznie mniej CO2 niż Niemcy czy wiele innych krajów na świecie. Tylko… co z tego wynika dla planety?

Wielokrotnie pisałem w „Gościu” o zmianach klimatu. Nigdy w nie nie wątpiłem, byłem sceptyczny co do ich źródeł. Nasza wiedza (a za nią moje teksty) z czasem się jednak zmieniała. Publikowane badania, coraz lepsze zrozumienie pewnych procesów, w końcu dłuższy czas obserwacji – to wszystko powoduje, że od kilku już lat przeważająca większość naukowców zajmujących się klimatem i w zasadzie wszystkie liczące się ośrodki naukowe badające klimat nie mają wątpliwości. Działalność człowieka – głównie spalanie paliw kopalnych – przyczynia się do podnoszenia się średniorocznej temperatury powietrza (a za nią wody). Temperatura rośnie, i to w tempie, jakie nigdy wcześniej nie było obserwowane.

Płyniemy jedną łódką

Kilka dni temu o klimacie i gospodarce rozmawiałem z Marcinem Popkiewiczem, autorem kilku książek, fizykiem, i z Jakubem Wiechem, prawnikiem, dziennikarzem pracującym dla portalu energetyka24.pl. W czasie tej rozmowy ukuta została pewna analogia, która moim zdaniem doskonale obrazuje naszą dzisiejszą sytuację.

Płyniemy – my wszyscy – jedną łódką. Na pokładzie siedzą Polacy, Niemcy, Amerykanie, Chińczycy… Wszyscy. Do niedawna płynęliśmy po rozlewisku, ale na skutek naszych działań z rozlewiska wpłynęliśmy w rzekę. Na początku prąd był ledwo zauważalny, ale z czasem się wzmagał. Gdy niektórzy zaczęli słyszeć szum, na pokładzie łódki zaczęły się rozmowy. Niektórzy twierdzili, że przed nami jest wodospad, ale były też inne koncepcje. Na przykład że to wiatr w koronach drzew albo że charakterystyczne dźwięki powodują ptaki. Dzisiaj niewielu (naukowców) ma wątpliwości, że płyniemy w kierunku wodospadu. Nurt jest szybki, wodospad się zbliża, a my? No właśnie, co powinniśmy robić? Intuicja podpowiada, że powinniśmy jak najszybciej rzucić się do wioseł i spróbować dopłynąć do brzegu. Gdy podpłyniemy za blisko progu (gdy temperatura wzrośnie za bardzo), nie uda się już zawrócić. Dzisiaj jeszcze można.

No to co? Do wioseł? No tak. Tyle tylko, że nasze wiosła nie są takie same. Największe mają Amerykanie, Chińczycy i Hindusi. Te trzy kraje odpowiadają za połowę światowej emisji CO2. Kolejnych 9 państw emituje kolejne 20 proc. światowego dwutlenku. Polski na tej liście nie ma. My produkujemy 1 proc. światowej emisji. Oni mają więc ogromne wiosła, my mamy najwyżej łyżeczkę do herbaty. Machając nią, nic nie zmienimy. Ale czy to powinno nas usprawiedliwiać? Czy możemy nie robić nic? Może odpowiednio dużo łyżeczek (na świecie jest wiele krajów) spowoduje zmianę? Może powinniśmy skuteczniej zabiegać o to, by wiosłowali ci, którzy najwięcej dokładają do pieca? Tylko czy jeżeli sami nie będziemy wiosłowali, będziemy wiarygodni, wołając: „Wiosłujcie, bo przed nami wodospad”?

Unia Europejska w ostatnich latach zmniejszyła ilość emitowanego CO2 o 25 proc. To pokazuje, że wysiłek przynosi efekty. Co więcej, odpowiednie podejście nie rujnuje gospodarki, tylko ją modernizuje. Przejście z węgla na inne źródła energii polepszy także jakość powietrza, które w Polsce jest najgorsze w UE. Z powodu jego zanieczyszczenia przedwcześnie umiera rocznie kilkadziesiąt tysięcy Polaków, a choroby (np. krążenia) generują straty dla gospodarki w wysokości dziesiątków miliardów złotych rocznie.

Wolimy, gdy jest ciepło

Wróćmy do klimatu, wodospadu i łódki. Czym jest ten wodospad? Co może się stać, gdy dopłyniemy do jego progu? Czy spadniemy kilkadziesiąt metrów w dół, roztrzaskując się o skały, czy może przed nami jest zaledwie mały próg? Łódka będzie trzeszczała, może ktoś spadnie z siedzenia, ale generalnie nic wielkiego się nie stanie?

Odpowiedź na to pytanie zależy od miejsca zamieszkania. Na Oceanie Spokojnym są już wyspy, z których mieszkańcy musieli uciekać. Niewielka zmiana poziomu wody, a przede wszystkim zwiększona częstotliwość i gwałtowność niektórych zjawisk pogodowych powodowały, że życie tam stawało się niebezpieczne. Dla tych ludzi spadanie z wodospadu już się rozpoczęło. W bogatej Europie czy Ameryce Północnej wyraźne konsekwencje zmian klimatu będą odczuwalne później. Naukowcy twierdzą jednak, że jeżeli wszyscy nie zaczną działać solidarnie, odczujemy je na pewno i będzie to bolesne. Dzisiaj, szczególnie zimą, ocieplenie klimatu kojarzyć się może tylko dobrze. To dość oczywiste, że osoby płacące rachunki za ogrzewanie wolą, gdy za oknem jest plus 5, a nie minus 10 stopni C. Ciepły październik jest przyjemniejszy od października z deszczem i zimnym wiatrem. Ale globalne ocieplenie to nie tylko podniesienie średniej temperatury powietrza. To zmiany w całej atmosferze, które już widzimy.

Wyższa temperatura w ziemskiej atmosferze pochodzi ze Słońca. Ale nie dlatego, że Słońce bardziej świeci, tylko dlatego, że więcej energii słonecznej pozostaje na Ziemi. Gazy cieplarniane w ziemskiej atmosferze to nasze błogosławieństwo. Działają jak kołdra, która przytrzymuje energię przy powierzchni. Dzięki tej kołdrze (niektórzy mówią o termosie) średnia temperatura na Ziemi jest taka wysoka. Bez tej kołdry byłaby tak niska, że na Błękitnej Planecie nie mogłoby się wykształcić życie. Kłopotem ostatnich kilkudziesięciu lat nie jest to, że w atmosferze są gazy cieplarniane, tylko to, że jest ich za dużo. Kołdra jest za gruba, a termos za bardzo izoluje. I zaczynamy się przegrzewać. Co więcej, chociaż w Unii emisja CO2 spada, w ujęciu globalnym dość szybko rośnie. Przegrzewamy się, ale mimo to przykrywamy się kolejnymi warstwami koców. Już sam wzrost temperatury powoduje topnienie lodowców (głównie na północy) i zaburzanie prądów morskich. Te prądy są jak ogromne magistrale, którymi energia jest rozprowadzana po planecie. Gdy ten system zostanie zaburzony, konsekwencje będą tragiczne. Zaburzenie prądów oceanicznych oznacza zaburzenie wiatrów i dystrybucji wody w atmosferze. To już doprowadza do katastrofalnych powodzi w jednych miejscach i susz w innych. A to dopiero początek konsekwencji. Więcej energii w atmosferze oznacza częstsze występowanie zjawisk pogodowych takich jak huragany, burze czy tajfuny. Już obserwujemy, że są one nie tylko częstsze, ale także gwałtowniejsze. Generują też ogromne straty w gospodarce i powodują, że tereny, które były dotychczas zagospodarowane, w przyszłości nie będą się nadawały do zamieszkania.

Wraz ze wzrostem temperatury znikną niektóre ekosystemy (np. rafy koralowe), a pewne środowiska zostaną całkowicie przekształcone. Niektórzy wygrają (np. Rosja zyska ogromne obszary, które dzisiaj są zamrożone), ale większość straci. Głównie ci, którzy mają długą linię brzegową.

Co z Polską?

Globalna średnia temperatura jest dzisiaj o mniej więcej 1 stopień wyższa niż przed erą przemysłową. Ale są miejsca, gdzie jest o kilka stopni wyższa niż 100 lat temu. Do końca stulecia średnia temperatura może być o kilka stopni wyższa niż na przełomie XIX i XX wieku. Wydaje się, że to niewiele. Ale to złudzenie. To ogromna różnica nawet u nas. Na biegunach wzrost temperatury jest jeszcze szybszy.

Jak zmiany klimatu zmienią życie w Europie? W środkowej jej części, czyli w Polsce, Niemczech, środkowej Francji, Czechach, Rumunii i na Węgrzech, będziemy mieli coraz cieplejsze i suchsze lata i coraz bardziej deszczowe zimy (ze wzrostem prawdopodobieństwa powodzi). Ryzyko pożarów lasów będzie wielokrotnie większe niż teraz. Z roku na rok coraz słabsze (bardziej podatne na szkodniki) będą drzewa iglaste. U nas będzie dla nich za ciepło. Wybrzeże coraz częściej nawiedzane będzie przez sztormy, a podwyższający się poziom wody w Bałtyku w dłuższej perspektywie będzie zabierał coraz większą część dzisiejszego lądu. Powyższe przewidywania nie są wynikiem symulacji. Te zjawiska już się obserwuje, a ich natężenie narasta. Koszty, jakie Polska będzie musiała ponieść, by naprawiać szkody związane z suszą, powodziami, burzami i sztormami, a w dalszej perspektywie z przenoszeniem zagospodarowanych terenów wybrzeża w głąb kraju, będą liczone w dziesiątkach i setkach miliardów złotych.

W pustynie będzie się zamieniała południowa część naszego kontynentu. Włochy, prawie cała Hiszpania, Grecja, Turcja, Chorwacja przestaną być żyznymi, zielonymi i bioróżnorodnymi zakątkami Starego Kontynentu. W Europie zyskać mogą kraje skandynawskie, bo choć pozbędą się lodowców, znacznie wydłuży się u nich okres wegetacji roślin.

Wróćmy do łódki i wodospadu. Naukowcy twierdzą, a w tej kwestii panuje między nimi duża zgoda, że słychać już nie szum, tylko grzmot. Uważają, że mamy do czynienia z Niagarą, a nie niewinnym progiem wodnym. Twierdzą też, że wciąż mamy czas na to, żeby złapać za wiosła. Ale musimy to zrobić jak najszybciej i solidarnie. Czy tak się stanie? Sporo zależy od wyniku szczytu klimatycznego COP24 w Katowicach. O tym, co powinno być na nim uzgodnione, piszę na stronie 9. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama