Zadłużeni wobec Ziemi. Od 2 sierpnia żyjemy na ekokredyt – co to znaczy?

Dzień Przeciążenia Ziemi przypada co roku szybciej. W 2023 r. już 2 sierpnia wykorzystaliśmy zasoby, które planeta jest w stanie wytworzyć w ciągu roku.

Każdy, kto spłaca lub spłacał kiedyś kredyt, wie, jak nieprzyjemna jest świadomość, że nie wszystko, z czego korzystamy, należy do nas i że wykorzystujemy dobra, na które jeszcze nie zdążyliśmy zapracować. Jednak zapożyczamy się nie tylko finansowo. Regularnie zadłużamy się też wobec Ziemi, wykorzystując więcej dóbr naturalnych niż w tym samym czasie natura może odtworzyć. Ta sama pula zasobów planety jest rozdzielana wśród coraz liczniejszej populacji, której część konsumuje coraz więcej. Dlatego trzy dekady temu, aby uzmysłowić skalę problemu, postanowiono obchodzić Dzień Przeciążenia Ziemi, inaczej nazywany Dniem Długu Ekologicznego.

Żyjemy na ekokredyt

Światowy Dzień Przeciążenia Ziemi to pomysł na obrazowe pokazanie realnego problemu zużywania zasobów planety, do jakiego doprowadza nadmierna konsumpcja. Każdego roku przypada on innego dnia. Jego datę wyznacza tempo naszej konsumpcji. To dzień, w którym zużycie przez ludzi zasobów naturalnych Ziemi (liczone od 1 stycznia) osiąga poziom możliwości ich odtworzenia przez planetę w ciągu roku. Gdybyśmy zużywali dokładnie tyle dóbr naturalnych, ile Ziemia jest zdolna wytworzyć w ciągu 12 miesięcy, Dzień Przeciążenia wypadałby 31 grudnia. Ale tak nie jest. 30 lat temu roczne możliwości produkcyjne planety wykorzystaliśmy 19 grudnia. Według wyliczeń organizacji Global ­Footprint Network w tym roku Dzień Długu Ekologicznego w skali globalnej przypadł już 2 sierpnia. Czyli w ciągu siedmiu miesięcy wykorzystaliśmy tyle surowców, ile Ziemia wytwarza w ciągu całego roku. Przez kolejne niemal pół roku będziemy uszczuplać jej zapasy. A to oznacza, że zasoby naturalne się kurczą – w ciągu roku zużywamy 1,7 tego, co planeta jest nam w stanie dać w tym samym czasie. Zaciągamy więc wobec środowiska naturalnego duży kredyt. Ten jednak tym różni się od pożyczek finansowych, że nie jesteśmy w stanie go spłacić, bo nie mamy zdolności wytwarzania surowców i dóbr naturalnych. Osiągnięcie niewypłacalności będzie więc znacznie bardziej tragiczne w skutkach niż w przypadku jakiegokolwiek kredytu finansowego…

Jak to wygląda w Polsce?

Dzień Długu Ekologicznego jest wyliczany dla całej planety, ale wyznacza się go również dla każdego z państw. W wyliczeniach bierze się pod uwagę wiele parametrów. Między innymi zużycie wody, surowców energetycznych, w tym paliw kopalnych i drewna, emisję gazów cieplarnianych, wycinkę obszarów leśnych, produkcję odpadów czy marnowanie żywności.

O ile w skali globu Dzień Przeciążenia przypadł na początku sierpnia, o tyle w przypadku Polski dokładnie trzy miesiące wcześniej – 2 maja. Również w maju ekodług zaczęli zaciągać Niemcy, Francuzi czy Japończycy. To kraje bogatsze od Polski, z wyraźnie większą produkcją – jak więc możliwe, że ich Dzień Przeciążenia wypadł w podobnym do naszego czasie? To kwestia m.in. efektywności gospodarowania dobrami – my po prostu marnujemy ich więcej.

Z jakimi obszarami eksploatacji zasobów mamy nad Wisłą największy problem? Według opracowanego kilka lat temu przez Politico raportu coraz lepiej radzimy sobie z recyklingiem, czyli powtórnym wykorzystaniem odpadów. Na tle innych krajów UE zajmowaliśmy w tym zestawieniu 6. miejsce. Jednak już choćby w kwestii marnowania żywności znajdujemy się na szarym końcu listy. Więcej jedzenia na śmietnik w przeliczeniu na mieszkańca wyrzuca się tylko w trzech państwach unijnych. Przeciętnie każdy Polak (wliczając niemowlęta) marnuje rocznie blisko ćwierć tony produktów spożywczych. Cztery razy więcej niż najlepsi w tym rankingu Słoweńcy (72 kg na osobę w ciągu roku). Być może do przemyślanych zakupów skłoni nas wiedza, że wyprodukowanie 1 kilograma wołowiny pociąga za sobą zużycie 15 tys. litrów wody, 1 kg wieprzowiny pochłania około 6 tys. litrów wody, mięsa drobiowego – ponad 4 tys. litrów, a bochenek chleba to koszt około 1,5 tys. litrów. By dostarczyć na stół litr mleka, trzeba zużyć ponad tysiąc litrów wody. Nieco mniej wymagające są pomidory – kilogram pochłania średnio „zaledwie” 214 litrów. Wyrzucając produkty spożywcze na śmietnik, marnujemy znacznie więcej zasobów, niż widzimy na pierwszy rzut oka.

Gospodarka zamkniętego obiegu

Czy taką szaloną konsumpcję da się zatrzymać? Na pewno nie będzie to łatwe, nie jest jednak niemożliwe. Światełkiem w tunelu był pandemiczny rok 2020, gdy ze względu na lockdown spadła produkcja w wielu branżach, co spowodowało przesunięcie Dnia Przeciążenia Ziemi na 22 sierpnia. To pokazało, że tendencja do jego przyspieszania nie musi być nieodwracalna. I nie chodzi wcale o powtórkę lockdownu, a o rozsądne przebudowanie zwyczajów konsumpcyjnych i produkcji tak, by spowolnić pęd ku środowiskowej „niewypłacalności”.

Jednym z pomysłów na to, jak tego dokonać, jest promowany m.in. przez instytucje unijne model gospodarki o obiegu zamkniętym. Na czym on polega? Obecnie dominująca gospodarka o modelu linearnym zakłada maksymalizację produkcji i sprzedaży poprzez użycie tanich, niskiej jakości materiałów i energii, a także założenie tzw. planowanej zużywalności towarów. Pralka, telewizor czy odzież mają określoną, niezbyt długą żywotność. Mają się zepsuć po stosunkowo krótkim czasie użytkowania, aby klient kupił kolejny, nowy egzemplarz. Ten model gospodarki eliminuje z rynku usługi naprawcze – serwisowanie sprzętu czy naprawa zużytych ubrań staje się nieopłacalna wobec stosunkowo tanich, choć niskiej jakości nowych produktów.

Tymczasem gospodarka o obiegu zamkniętym polega na maksymalnym przedłużaniu żywotności towarów poprzez ich wypożyczanie, naprawianie, odsprzedawanie kolejnym właścicielom. Dzięki temu produkt jest używany znacznie dłużej, a ilość odpadów zostaje zminimalizowana. Dodatkowo powstałe śmieci w miarę możliwości mają być poddawane recyklingowi i ponownie użyte. Dokładnie tak, jak głosi hasło jednego z bohaterów kultowej wśród dzieci kreskówki „Psi Patrol”: „Nie wyrzucaj, wykorzystaj!”.

Bogaci i biedni. Problem etyczny

Konieczność ograniczenia nadmiernej konsumpcji dotyczy nas wszystkich. Im szybciej zmienimy naszą mentalność i podejmiemy działania w celu ograniczenia eksploatacji środowiska naturalnego, tym lepiej dla nas i naszych dzieci, bo – w przeciwieństwie do miejsca zamieszkania – planety zbyt prędko nie będziemy mogli wymienić na „lepszą lokalizację”. Apel o ograniczenie konsumpcji generuje jednak pewien problem etyczny. Otóż połowę zużywanych przez ludzkość zasobów Ziemi wykorzystuje zaledwie 14 proc. najbogatszych. Nic więc dziwnego, że pomysły elit, by ograniczyć ślad węglowy poprzez podnoszenie cen biletów lotniczych czy zakaz sprzedaży samochodów spalinowych (gdy ceny elektryków są dla większości społeczeństwa zaporowe) budzą frustrację wśród zwykłych ludzi, którzy żyją w bogatszej, europejskiej części świata i zasmakowali już dostępu do tego rodzaju dóbr, a nagle odgórnie próbuje się utrudnić im do nich dostęp. Kuriozalne obrazki powietrznego zatoru nad lotniskiem w Glasgow, gdy wielu uczestników szczytu klimatycznego postanowiło przybyć do Szkocji prywatnymi odrzutowcami, czy słynny już przelot szefowej Komisji Europejskiej służbowym samolotem z Wiednia do oddalonej o 60 kilometrów Bratysławy budzą naturalny sprzeciw. Trudno będzie przekonać społeczeństwa zachodnie do samoograniczenia konsumpcji, jeśli ich najbogatsi i najbardziej wpływowi przedstawiciele sami nie dadzą przykładu realnych prośrodowiskowych postaw i samoograniczenia.

A jednak nie uciekniemy od problemu. Bo niezależnie od tego, na ile ten czy ów miliarder wykazuje się hipokryzją, lecąc prywatnym samolotem, by przekazać dotację na ochronę lasów tropikalnych – tylko powszechna zmiana postaw i mentalności może zapobiec katastrofie lub ją opóźnić. A ta, w kierunku której zmierzamy, dotknie prędzej czy później wszystkich – niezależnie od stanu konta.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg