Cichy kataklizm

O problemie suszy w Polsce mówi Paweł Staniszewski, synoptyk hydrolog z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej Państwowego Instytutu Badawczego.

Maciej Kalbarczyk: W ostatnich tygodniach wiele mówi się o problemie suszy hydrologicznej. Co kryje się pod tym pojęciem?

Paweł Staniszewski: Zacznijmy od wyjaśnienia, czym jest susza meteorologiczna, będąca wcześniejszą fazą wspomnianego zjawiska. Charakteryzuje się ona brakiem opadów atmosferycznych lub ich niedoborem przez okres co najmniej 20 dni. Z czasem z tego powodu dochodzi do obniżenia poziomu wód w rzekach i jeziorach. W takich warunkach odsłaniają się szerokie plaże, widać też łachy i kamienie. Gdy przepływ wody w rzece przez co najmniej 10 dni będzie się utrzymywał poniżej wartości umownej SNQ [średniego niskiego przepływu z wielolecia – przyp. red.], wówczas wydajemy ostrzeżenie o suszy hydrologicznej. Kolejnym etapem jest natomiast susza hydrogeologiczna, którą cechuje brak wody już nie tylko w ciekach wodnych i glebie, ale także pod ziemią.

Hydrolodzy podkreślają, że w Polsce od 2015 r. zmagamy się z permanentną suszą. Co mają na myśli?

Siedem lat temu mieliśmy do czynienia z falą upałów, którą spotęgował brak deszczu. W następstwie tej sytuacji woda zaczęła intensywnie parować. Z tego powodu we wrześniu i październiku zanotowano rekordowo niskie poziomy wód w polskich rzekach. Od tamtego czasu sytuacja nie uległa poprawie. Wyjątkiem były lata 2017 i 2021, gdy suma opadów była nieco większa, ale to i tak nie pomogło uzupełnić utraconego zasobu wodnego. Problemem były też ciepłe zimy. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że topniejący na wiosnę śnieg odgrywa ważną rolę w utrzymaniu odpowiedniego poziomu wody w rzekach.

W których regionach kraju panuje największa susza?

To Wielkopolska, Kujawy, Dolny Śląsk i ziemia łódzka. Na tych obszarach notujemy najwyższe średnie temperatury w skali roku. W czasie największych upałów na termometrach można zaobserwować nawet 38 stopni Celsjusza. Sumy opadów nie przekraczają tam 500 mm. To ok. 150 mm mniej niż w pozostałych częściach kraju. Dodatkowo w zachodniej Polsce nie zamarzają rzeki i praktycznie nie ma pokrywy śnieżnej. Czynnikiem pogłębiającym suszę jest tam także niski poziom wód gruntowych. To konsekwencja wydobywania węgla brunatnego.

Susza na zachodzie kraju nie jest niczym nowym, ale obecnie występuje także w regionach, które wcześniej nie zmagały się z tym problemem.

To prawda. W ostatnich latach wydajemy ostrzeżenia o suszy dla zlewni Bugu i Sanu. To rzeki, które mają swoje źródła w górach, gdzie wcześniej raczej nie było problemów z suszą. Coraz gorzej jest także w centrum Polski, czyli m.in. w dorzeczu Wisły. Deficyty wody sprawiają, że rośnie tam zanieczyszczenie. Elektrownie w Warszawie mają natomiast kłopoty z chłodzeniem swoich podzespołów. Woda, która pozostała w rzece, jest bowiem zbyt ciepła. Także z tego powodu zdychają ryby.

Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie pod względem zasobów wodnych. Jakie są tego przyczyny?

To konsekwencja nieregularnych opadów. Ich suma jest mniej więcej taka sama jak kilkadziesiąt lat temu, ale zmienił się ich rozkład. Dzisiaj w ciągu trzech dni z nieba spada tyle samo wody, co kiedyś w ciągu dwóch tygodni. To sprawia, że mamy bardzo długie okresy suche. Nawadnianie gleb i uzupełnianie poziomu rzek za pomocą jednego intensywnego deszczu można porównać do sytuacji odwodnionego człowieka, którego próbowalibyśmy zmusić do wypicia szklanki wody jednym haustem. Jest to niemożliwe. Ziemia nie jest w stanie wchłonąć tej wody. Spływa ona do rzek, strumieni lub kanalizacji.

Jakie opady rozwiązałyby problem?

Potrzebujemy opadów ciągłych, kilkudniowych, będących konsekwencją niżu atmosferycznego, obniżającego temperaturę i powodującego silne zachmurzenie. Kilka takich „mokrych” miesięcy tymczasowo rozwiązałoby problem suszy. To jednak mało realny scenariusz.

Czy można stwierdzić, że nasz kraj pustynnieje?

To niewłaściwe określenie. Obecnie żyjemy w klimacie umiarkowanym przejściowym. Mamy cztery pory roku, raz jest chłodno, raz ciepło. Nie ma zagrożenia zaniku roślinności. Możemy jednak mówić o stepowieniu. Aktualną sytuację Polski porównałbym do sytuacji Węgier w latach 70. XX w. Wówczas panował tam klimat kontynentalny. Od tamtego czasu strefy klimatyczne przeniosły się o 400 km na północ. Średnie temperatury w Poznaniu, Zielonej Górze czy Wrocławiu są podobne do tych, które 50 lat temu występowały na nizinie węgierskiej.

Jakie są tego konsekwencje?

Z całą pewnością to istotna zmiana dla rolników. Coraz trudniej będzie uprawiać zboża, które potrzebują dużo wody. Obecne warunki pozwalają natomiast na poszerzenie upraw kukurydzy, słonecznika i soi. Będziemy mieć także coraz więcej drzew figowych, moreli, opuncji, agaw czy juk. To rośliny odporne na suszę. Przybędzie też winnic.

Dla wielu z nas to kusząca perspektywa. Narzekanie na niską temperaturę stało się naszym sportem narodowym.

Nadal jesteśmy jednym z najchłodniejszych krajów ze średnią temperaturą. Nic zatem dziwnego, że chcielibyśmy, aby było chociaż trochę cieplej. Musimy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że ocieplenie klimatu może być brzemienne w skutkach. Przy utrzymującym się niskim poziomie rzek pojawią się poważne problemy z gospodarką wodną. Rolnicy będą musieli nawadniać swoje pola, a to przecież kosztuje. Przez to podrożeją mąka, pieczywo czy płatki owsiane. Będziemy musieli także zapłacić więcej za karmę dla zwierząt, a to wpłynie na ceny mięsa. Nie umrzemy z głodu, ale konieczne mogą okazać się cięcia codziennych wydatków.

Nie cofniemy zmian klimatycznych, które są główną przyczyną suszy. Czy możemy jednak w jakiś sposób ograniczyć jej wpływ na nasze otoczenie?

Jak najbardziej. W tym celu powinniśmy efektywnie wykorzystywać rzadko występujące, ale intensywne opady deszczu. W tym kontekście należy pozytywnie ocenić decyzje o budowie zbiorników retencyjnych na Odrze i Wiśle. Ich zadaniem jest ochrona pobliskich terenów przed powodziami i podtopieniami oraz magazynowanie wody na czas suszy. Potrzebujemy więcej takich inwestycji w górnych odcinkach rzek. Na poziomie gmin powinny natomiast powstawać mniejsze zbiorniki, takie jak stawy i oczka wodne. Warto sadzić też roślinność, która zatrzymuje wodę i oddaje ją w okresach suchych. Mam na myśli np. łąki kwietne i trawniki. W miastach ogromnym problemem są zabetonowane powierzchnie, uniemożliwiające wchłanianie wody do gleby. Musimy to zmienić. Ponadto istotne są działania podejmowane przez gospodarstwa domowe. Osobiście korzystam z 300-litrowej stągwi na deszczówkę, która w czasie burzy napełnia się w pół godziny. Dzięki zgromadzonej w ten sposób wodzie nie ponoszę prawie żadnych kosztów podlewania roślin. Mieszkając w bloku, warto natomiast korzystać z nowoczesnych pralek i zmywarek, które oszczędzają wodę. A zamiast kąpieli wybrać szybki prysznic.

Czy istnieje zagrożenie, że kiedyś zabraknie nam wody?

Nie sądzę, ale jej pozyskiwanie będzie coraz droższe. Wzrosną także koszty jej oczyszczania i oddawania do rzek. Niewykluczone, że za jakiś czas pożegnamy się ze stosunkowo niskimi rachunkami za wodę. To powinno nas zmobilizować do jej oszczędzania.

Jak poważny jest problem suszy w innych regionach świata?

Najgorzej jest w Azji i Afryce, gdzie już wcześniej było gorąco i występowały deficyty wody. Rolnictwo jest tam bowiem oparte na pracy rąk ludzkich. Brakuje dużych, nowoczesnych gospodarstw, które są zdolne do magazynowania wody. W przyszłości pogłębiający się tam kryzys może spowodować migracje klimatyczne. Ceny wody będą bowiem tak wysokie, że ludzie zaczną poszukiwać innego miejsca do życia. Jeśli chodzi natomiast o europejskie kraje, czyli np. Hiszpanię, Włochy, Francję czy Chorwację, to starają się one dostosować do nowej sytuacji. Na dużą skalę inwestują w małe zbiorniki retencyjne. Chociaż okresy bezdeszczowe trwają tam nawet kilka miesięcy, te państwa dzięki wspomnianemu rozwiązaniu potrafią zadbać m.in. o bezpieczeństwo upraw.

Czy nasze społeczeństwo jest świadome problemów, o których rozmawiamy?

Niestety, nie jest z nami najlepiej. Dobrze zdajemy sobie sprawę z zagrożenia powodziami, ale susza wciąż pozostaje cichym, niezauważalnym kataklizmem, o którym niewiele się mówi. Dlatego warto byłoby zainwestować w edukację młodych pokoleń. Powinny one zrozumieć, że swoimi działaniami mogą ograniczyć skutki zmian klimatycznych.•

Paweł Staniszewski

studiował geografię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz na Uniwersytecie Wschodniej Finlandii w Kuopio. Pracuje jako synoptyk i hydrolog w IMGW.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama