Zakochanie to narkotyk, a miłość – lekarstwo

Zmniejsza odczucie bólu i wywołuje uzależnienie. Wyzwala motyle w brzuchu, powoduje palpitację serca i pocenie dłoni. Zwiększa zapotrzebowanie na fizyczny kontakt. To nie jest opis działania najnowszego dopalacza, tylko stanu, w który każdy z nas choć raz w życiu popadł. Zakochania bez pamięci.

Wakacje. Czas odpoczynku w pięknych miejscach i wielu szans na poznanie nowych ludzi. I upalne lato. Oto idealna sceneria, w której nasz wzrok spotyka wzrok innej osoby i po chwili już wiemy, że jesteśmy oczarowani i… ugotowani.

Co robi z nami zakochanie?

Po pierwsze, stymuluje nasz organizm, zwłaszcza układ nerwowy, do produkcji cząsteczek chemicznych wyzwalających wrażenie ekstazy, przyjemności, skupienia i przywiązania do obiektu naszych westchnień. Dwa przekaźniki nerwowe, dopamina i oksytocyna, zalewają obszary mózgu odpowiedzialne za odczucie przyjemności oraz uzależnianie się. Dopamina to tzw. cząsteczka uzależnień, jej wydzielanie jest związane z systemem odpowiedzi na karę i nagrodę. Oksytocyna to z kolei neurohormon odpowiedzialny za skurcze porodowe i wydzielanie się mleka z sutków, gdy dziecko podrażni je ssaniem. Okazuje się, że u ssaków stymuluje ona uległość, ufność, szczodrość i skłania do współpracy albo prowokuje zazdrość i protekcjonizm. Oksytocyna działa jak spinacz. Łączy hormonalnie w jedno pragnienie relacji z innymi, zaufanie, instynkty macierzyński i posiadania potomstwa oraz przyjemność seksualną. Jak zgrabnie rzecz ujął tygodnik „Nature”, w omówieniu pracy badawczej naukowców szwajcarskich z 2005 r., oksytocyna jest hormonem miłości.

Zakochany nie tylko mózg

Działanie tych związków chemicznych nie ogranicza się jednak wyłącznie do mózgu. Cały nasz organizm płonie, mdleje i ma dreszcze, gdy spotykamy tę jedyną, szczególną osobę. Funkcjonujemy jak pod wpływem narkotyku.

Zakochanie jest także jak antydepresant i pigułka na stres w jednym. Czujemy się szczęśliwsi i zrelaksowani. A to ważne dla organizmu, bo stres potrafi być wykańczający i widoczny dla otoczenia. Notoryczne bóle głowy i żołądka czy wątroby, fluktuacje wagi, pokrzywka, trądzik, nadciśnienie tętnicze i wreszcie załamanie nerwowe – to wszystko owoce stresu. Zostają one zniwelowane przez zakochanie. Oczywiście, czego doświadczył pewnie każdy z nas, zakochanie – na samym początku – może wiązać się z dodatkowym stresem, który można oszacować przez pomiar poziomu hormonu stresu – kortyzolu we krwi. Jest więc pewne, bo zmierzone, że gdy jeszcze nie wiemy, czy nasze zakochanie jest odwzajemnione lub gdy pojawia się rywalizacja o obiekt miłości, stres jest spory. Jednak gdy związek zaistnieje i nieco okrzepnie, stres wyraźnie spada.

Miłość to zdrowie

Zakochani to prawdziwi zdrowotni szczęściarze. Badania z udziałem 3,5 mln obywateli, przeprowadzone niewiele ponad dekadę temu w USA i opublikowane przez tamtejsze ministerstwo zdrowia wskazują, że ludzie w szczęśliwych związkach mają znacznie niższe ryzyko choroby wieńcowej i innych przypadłości układu krążenia wynikłych z nadciśnienia niż rozwodnicy, wdowcy i single. Dobry, szczęśliwy związek jest czynnikiem skuteczniejszym w zapobieganiu chorobie niż dieta czy ćwiczenia.

Także, co nie dziwi, nasz układ nerwowy w miłości odstresowuje się. Zakochanie prowadzi do aktywacji osi neurohormonalnej zwanej podwzgórze–przysadka–nadnercza. Te trzy połączone funkcjonalnie kluczowe organy wydzielania wewnętrznego, dwa ukryte w mózgu, jeden w okolicy nerek, to droga, na której wszelkie ludzkie procesy psychiczne mogą wpływać na zmianę sytuacji biochemicznej naszego organizmu. Dzieje się to dzięki dwóm związkom: adrenalinie i noradrenalinie. Nadmierna aktywacja tej osi może jednak prowadzić do depresji psychotycznej. Ten stan charakteryzuje się z jednej strony objawami psychozy, zwłaszcza zaburzeń postrzegania i świadomości rzeczywistości, z drugiej – obniżeniem nastroju, zaburzeniami zdolności uczenia się i zapamiętywania oraz bezsennością. A zatem z miłości można też oszaleć.

Motyle latające zakochanym w brzuchu oraz życie wyłącznie świeżym powietrzem – bez odczucia głodu, a także randki przy kolacji to natomiast zasługa nerwu błędnego. Opuszcza on naszą czaszkę, by unerwiać układ pokarmowy. To on przenosi informację z mózgu do żołądka i jelit oraz wiadomość zwrotną. Ta pochodzi również od wypełniającego nasze jelita mikrobiomu, czyli ogromnej ilości bakterii. Od roku 2012 jest naukowo stwierdzone, że także te bakterie mają jakiś udział w wyborze życiowego partnera. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.