Wyścig zbrojeń

Według WHO w 2050 r. liczba zgonów z powodu infekcji wywołanych przez bakterie oporne na antybiotyki przekroczy 10 mln rocznie. Czy można temu zapobiec?

Oporność na antybiotyki prowadzi do dłuższych pobytów w szpitalu, wyższych kosztów leczenia i zwiększonej śmiertelności. Szczególnie zagrożone są dzieci – podkreślił rzecznik praw dziecka w piśmie skierowanym do szefa NFZ. Mikołaj Pawlak poprosił Filipa Nowaka o podjęcie działań na rzecz uwrażliwienia społeczeństwa na problem nieuzasadnionego podawania antybiotyków. Szacuje się, że co piąty z tych preparatów jest przepisywany niepotrzebnie. To dzisiaj główna przyczyna rosnącej oporności bakterii na leki. – Konsekwencje tego zjawiska są bardzo poważne. Eksperci porównują je do katastrofy klimatycznej i pandemii COVID-19. Nie ma w tym ani odrobiny przesady – mówi „Gościowi” prof. Waleria Hryniewicz z Zakładu Epidemiologii i Mikrobiologii Klinicznej Narodowego Instytutu Leków.

Nowa era?

Historia stosowania antybiotyków w leczeniu chorób sięga 1928 r. Wówczas Alexander Fleming odkrył penicylinę, która okazała się skuteczna w walce z gronkowcami. Na większą skalę zaczęto ją stosować na początku lat 40. XX wieku. Od tamtego czasu naukowcy odkrywali kolejne antybiotyki, które pozwoliły nam pokonać wiele śmiertelnych chorób, m.in. gruźlicę, zapalenie płuc i zapalenie opon mózgowych. – Antybiotyki nadal ratują nam życie, ale dzisiaj wchodzimy w erę postantybiotykową. Liczba zakażeń bakteryjnych, których nie jesteśmy już w stanie wyleczyć za pomocą do tej pory skutecznych leków, rośnie w lawinowym tempie. To oznacza, że w przyszłości zgony mogą powodować nawet łagodne infekcje – mówi prof. Hryniewicz.

Z raportu przygotowanego na zlecenie brytyjskiego rządu i organizacji Wellcome Trust wynika, że z powodu infekcji wywołanych przez bakterie oporne na antybiotyki umiera 700 tys. osób rocznie. Jak to wygląda w Polsce? Według danych zebranych przez NFZ w latach 2016–2018 z powodu zakażenia takimi bakteriami hospitalizowano 20 709 pacjentów. Aż 17,4 proc. z nich, czyli 3603, zmarło. W gronie osób, które trafiały do szpitali z innych przyczyn, śmierć poniosło 1,9 proc. Z porównania tych wskaźników wynika, że prawdopodobieństwo zgonu pacjenta zakażonego jest ośmiokrotnie wyższe niż w przypadku niezakażonego.

Wśród bakterii, które sprawiają lekarzom największy kłopot, można wymienić m.in. Escherichia coli, salmonellę, Helicobacter pylori, Enterobacter spp, enterokoki, gonogoki i pneumokoki. W ostatnich latach w polskich placówkach medycznych pojawiła się także Klebsiella pneumoniae, potocznie nazywana New Delhi. Eksperci zwracają uwagę, że do zakażenia wspomnianymi szczepami dochodzi nie tylko w szpitalach, ale także w placówkach podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). „Przykładem pozaszpitalnego gatunku bakterii o rosnącym zagrożeniu jest Streptococcus pneumoniae wywołujący bakteriemię, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i różnorodne zakażenia dróg oddechowych, w tym zapalenie płuc, często niepoddające się leczeniu antybiotykiem pierwszego wyboru. Biorąc pod uwagę oporność Streptococcus pneumoniae na antybiotyki, Polska znajduje się wśród krajów o najwyższym odsetku szczepów opornych” – czytamy w broszurze wydanej przez Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Instytut Leków przy okazji Europejskiego Dnia Wiedzy o Antybiotykach.

Bez testów

Wiele niebezpiecznych bakterii dotarło do nas z innych zakątków świata. To konsekwencja rozwoju turystyki oraz migracji zarobkowych. Czy obostrzenia wprowadzone w czasie pandemii COVID-19 zahamują ten proces? – Niektórzy twierdzą, że dzięki osłabieniu globalizacji bakterie nie będą rozprzestrzeniały się w tak szybkim tempie jak dotychczas. Moim zdaniem to jednak nic nie zmieni, przywieźliśmy ich ze sobą już wystarczająco dużo. Warto natomiast zwrócić uwagę na rzeczywiste konsekwencje obecnej sytuacji. Przez ostatnie 1,5 roku z lęku o zdrowie i życie stosowaliśmy jeszcze więcej antybiotyków niż wcześniej, i to często bez uzasadnienia. A wiemy, że im więcej ich przyjmujemy, tym szybciej narasta na nie oporność, a więc brak skuteczności. W praktyce pogłębiliśmy zatem problem antybiotykooporności, z którym zmagamy się już od wielu lat – tłumaczy prof. Hryniewicz.

W 2017 r. średnia ważona konsumpcja antybiotyków w UE w leczeniu otwartym wynosiła 21,8 dobowych dawek (DDD) na 1000 mieszkańców dziennie. W naszym kraju utrzymywała się natomiast na poziomie 27 DDD. Więcej antybiotyków poza szpitalami przyjmowali jedynie Cypryjczycy (33,6), Hiszpanie (32), Francuzi (29,2) i Rumuni (29,1). W leczeniu zamkniętym statystyki były dla nas nieco korzystniejsze: średnia w UE wyniosła 2,0, a w Polsce 1,79. Rekordzistką okazała się Malta z wynikiem 3,1.

Dlaczego nadużywamy antybiotyków? W raporcie NIK zaznaczono, że to w dużej mierze wina medyków, którzy zalecają je swoim pacjentom zbyt często. „Większość lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej w kontrolowanych podmiotach przepisywała antybiotyki bez wykonania odpowiednich badań mikrobiologicznych. Co więcej, leczono nimi także zakażenia, których obraz kliniczny wskazywał, że mogą być spowodowane wirusami” – czytamy w dokumencie. Postępowanie lekarzy nie jest jednak oznaką braku profesjonalizmu. To słaba kondycja służby zdrowia zmusza ich do stawiania diagnoz głównie na podstawie własnego rozpoznania. Nie mają bowiem dostępu do narzędzi, które pozwalają na dobranie odpowiedniego leczenia. – W Polsce testy na obecność np. paciorkowców wywołujących anginę nie są refundowane. Tymczasem w krajach o wysokim standardzie medycyny po upływie 15 minut od wykonania takiego badania lekarz już zna przyczynę zapalenia gardła swojego pacjenta. Jeśli to bakteria, przepisuje antybiotyk, a jeśli ma do czynienia z wirusem, szuka innego rozwiązania i wdraża leczenie objawowe – mówi prof. Hryniewicz. Nasza rozmówczyni dodaje, że w takich państwach jak USA, Szwecja i Holandia funkcjonują także kompetentne zespoły, które zajmują się kontrolą zakażeń i antybiotykoterapią w placówkach szpitalnych. Dzięki nim antybiotyki są podawane wyłącznie osobom, które rzeczywiście ich potrzebują.

Potrzeba programu

Jak Polska radzi sobie z problemem rosnącej antybiotykooporności? W 2006 r. nasz rząd zobowiązał się wobec UE do monitorowania tego zjawiska. Wbrew zapowiedziom nie utworzono jednak krajowego centrum zakażeń, lekooporności i konsumpcji antybiotyków. W latach 2016–2020 realizowano natomiast Narodowy Program Ochrony Antybiotyków, a w marcu br. zadanie „przeciwdziałania powstawaniu antybiotykooporności u drobnoustrojów” wpisano do Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021–2025. Do tej pory ten dokument nie został jednak podpisany przez decydentów. Zdaniem prof. Hryniewicz w sprawie walki z antybiotykoopornością zrobiono za mało. – Potrzebujemy programu z prawdziwego zdarzenia, w którym oprócz refundacji testów diagnostycznych znajdą się także m.in. narzędzia kontroli przepisywania recept i audytu praktyk lekarskich oraz propozycje działań w sferze edukacji społeczeństwa i personelu medycznego. Taki dokument powinien obejmować także inne sektory, w których stosuje się antybiotyki, m.in. hodowlę zwierząt. Musimy wyznaczyć konkretne cele, np. ograniczenie zużycia antybiotyków o 10 proc. w ciągu najbliższych pięciu lat – mówi pani profesor.

Według ekspertów opracowanie i wdrożenie odpowiedniego programu jest dzisiaj najważniejsze, ale równolegle należy zintensyfikować prace nad nowymi preparatami. Istotne jest także promowanie szczepień, które są skutecznym orężem w walce z antybiotykoopornością. – Nigdy nie zahamujemy do końca tego zjawiska, ale możemy je znacząco spowolnić i zdobyć sobie czas na wynalezienie nowych, skutecznych leków. Niestety obecnie to nadal bakterie wygrywają z nami ten wyścig – podsumowuje prof. Hryniewicz.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama