Szczepionka życia

W 1959 r. Polska dostała w darze 9 mln dawek nowej, niesprawdzonej jeszcze szczepionki na polio. Gdyby nie to, choroba mogła nadal zabijać i okaleczać dziesiątki tysięcy dzieci. Dzisiaj pokolenie, które nie ma pojęcia o tamtej epidemii, zastanawia się nad sensem szczepień.

W 1958 r. w pierwszych dwóch tygodniach wakacji pogoda nie dopisała. W całym kraju lało. Fala upałów nadeszła dopiero w drugiej połowie lipca. Spragnieni słońca ludzie tłumnie ruszyli nad morze. Ci, którzy zostali w miastach, oblegali kąpieliska. Szczególnie dzieci chciały pluskać się w wodzie.

Pamiętne lato 1958

16 lipca wczesnym popołudniem do szpitala na Siennej w Warszawie podjeżdża karetka na sygnale. Chwilę wcześniej pogotowie zabrało z nadwiślańskiej plaży 6-letnią dziewczynkę. Dziecko bawiło się długo na słońcu i nagle zemdlało. Objawy wskazują na udar słoneczny. Jednak lekarz udzielający pierwszej pomocy zauważył lekki niedowład jednej rączki. Dziewczynka trafia na oddział neuroinfekcji. Dyżur pełni tam dr Monika Czachorowska. Mimo młodego wieku ma już spore doświadczenie. Dla niej to, co zaniepokoiło lekarza pogotowia, jest zapowiedzią zbliżającej się tragedii. Od dwóch tygodni na oddział szpitala przy Siennej codziennie trafia nawet po 15 dzieci z podobnymi objawami. Są zarażone wirusem Poliomyelitis, wywołującym zakażenie rogów przednich rdzenia kręgowego. Mówiąc prościej, są chore na polio. Ta nazwa jest mało znana, dopiero słowa: „choroba Heinego-Medina” wywołują przerażenie rodziców. Dziewczynka przywieziona z plaży szybko zmarła.

Od początku lat 50. co roku do szpitali w całej Polsce trafiało około tysiąca pacjentów zakażonych wirusem Poliomyelitis. Dla urzędników w Ministerstwie Zdrowia nie stanowiło to powodu do zmartwień. W porównaniu z gruźlicą, która atakowała blisko 80 tys. osób, polio wydawało się niegroźne. Mimo to w 1956 r. zakupiono na próbę kilkadziesiąt tysięcy dawek nowej szczepionki Salka, rekomendowanej przez Światową Organizację Zdrowia. Choć prasa chętnie pisała o szczepieniach, to nie miały one żadnego wpływu na rozprzestrzenianie się wirusa. Aby skutecznie pokonać chorobę, potrzebowano kilku milionów dawek. Na razie nikt jednak nie myślał o takim zakupie, bo choroba Heinego-Medina nie stanowiła poważnego zagrożenia. Aż do pamiętnego lata 1958 roku.

Lekarze od pierwszej chwili wiedzą, że to epidemia. Tak ogromnej fali zachorowań i zgonów nie da się ukryć przed społeczeństwem. Tym bardziej że inspekcja sanitarna nagle w samym środku lata zamyka wszystkie baseny i kąpieliska. Oficjalnie z powodu wykrycia bakterii coli. Prasa jednak milczy. Jedynie redakcja „Expressu Wieczornego” zwraca się do Ministerstwa Zdrowia z prośbą o informacje. Żaden z urzędników nie chce się wypowiedzieć imiennie. W gazecie ukazuje się zapewnienie, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Z oficjalnych danych ma wynikać, że liczba zachorowań na polio faktycznie jest wyższa niż w latach ubiegłych, ale zaledwie o 20 procent. Rzeczywistość jest inna. W drugim półroczu Zakład Epidemiologii Państwowego Zakładu Higieny odnotował przeszło 6 tys. przypadków zachorowań. 350 zakończyło się śmiercią.

Polio przyszło z Czechosłowacji

Od lat 20. XX w. rokrocznie w Polsce notowano kilkadziesiąt zachorowań na polio. Pierwsza fala epidemii rozpoczęła się w 1951 roku. Liczba chorych wzrosła nagle do 3 tysięcy. Zwiększyła się też liczba zgonów wywołanych chorobą. Zmarło aż 250 pacjentów. W szpitalach w całej Polsce zaczęto organizować specjalne oddziały neuroinfekcji. A na warszawskich Bielanach, w dawnym domu dziecka, naprędce zorganizowano szpital zakaźny z oddziałem neuroinfekcji. W oficjalnych dokumentach nosił kryptonim H-14, taki sam jak numer statystyczny choroby Heinego-Medina. Władze wolały zaszyfrować nazwę, by ukrywać przed społeczeństwem wstydliwą prawdę o chorobie, z którą nie potrafiły sobie poradzić. W tym samym czasie Urząd Bezpieczeństwa Publicznego wszczął sprawę operacyjną, szukając źródeł epidemii. Podejrzewano, że wirus trafił do Polski z USA, tak samo jak stonka ziemniaczana, która miała być bronią imperialistów. Ubecy szukali dowodów potwierdzających, że wirusy polio przywędrowały w paczkach z odzieżą przysyłaną przez polonusów zamieszkujących w USA. Tej absurdalnej teorii nie udało się potwierdzić. Dane epidemiologiczne świadczyły o tym, że epidemia zaczęła się w socjalistycznej Czechosłowacji. Tam już w 1950 r. odnotowano zwiększoną liczbę zachorowań.

Na ostatnim roku studiów medycznych Monika Czachorowska pracuje w pogotowiu ratunkowym. Jest zdolna i ambitna, czym zwraca uwagę prof. Jana Bogdanowicza, kierownika Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego. Z jego rekomendacją otrzymuje etat na dziecięcym oddziale zakaźnym, który na kilka miesięcy zostaje przeniesiony do Szpitala Zakaźnego na Woli. Czachorowska może mówić o wielkim szczęściu. Jej koledzy ze studiów trafiają w odległe zakątki kraju. – Byłam wtedy w ciąży. Bałam się, bo to oddział zakaźny. Ale prof. Bogdanowicz zapewniał, że nic mi nie grozi – wspomina dzisiaj dr Czachorowska. – Etat w szpitalu był wtedy marzeniem. Wszyscy mi zazdrościli. Ale to wcale nie była sielanka. Miałam wymagające szefowe.

Czachorowska trafia pod skrzydła dwóch doskonałych lekarek. Oddziałem kieruje dr Danuta Łukaszewicz-Dańcowowa, specjalizująca się w leczeniu polio. Jej zastępca dr Anna Gecow w czasie okupacji prowadziła oddział zakaźny w radomskim getcie. Po wojnie enkawudzista Józef Różański osobiście wyrywał jej włosy za to, że walczyła nie w tych szeregach co trzeba. Uratowało ją to, że była lekarzem poszukiwanej specjalności. Na początku lat 50. w szpitalach zakaźnych brakowało specjalistów. Brakowało też podstawowej wiedzy, jak postępować z chorymi na polio. Zagrożenie było ogromne, bo wirus atakował również dorosłych, co stwarzało zagrożenie dla personelu szpitalnego.

Kocowanie i żelazne płuca

O skutecznej szczepionce na polio nikt wtedy nie wiedział. Wiadomo było, że pracowano nad nią w Stanach Zjednoczonych, ale nikt nie miał pojęcia, kiedy będzie dostępna i jak prędko trafi do Polski. Leczenie ograniczało się więc do „kocowania”. Porażone kończyny zawijano w wilgotne, nagrzane do 50 stopni bawełniane prześcieradła. Potem owijano je ceratą, a na koniec jeszcze grubym kocem. Po godzinie rozgrzane mięśnie dawało się rozciągać i ćwiczyć, tak by nie sprawiać bólu. Trudniejsze przypadki, w których dochodziło do porażeń układu oddechowego, trafiały do „żelaznych płuc”. Chore dziecko wkładano do wielkiej stalowej rury, z której na zewnątrz wystawała tylko głowa. Pompy miarowo zasysały powietrze z wnętrza, a powstające w ten sposób podciśnienie unosiło do góry klatkę piersiową, wymuszając wdech. Potem zawory otwierały się, wyrównując ciśnienie, i klatka piersiowa opadała, wypychając powietrze z płuc. W ciężkich przypadkach chorzy spędzali w „żelaznych płucach” po kilka miesięcy. Szpital na Siennej dysponował sześcioma takimi aparatami. Choć były jedynym ratunkiem w ciężkich przypadkach, miały poważną wadę. Upośledzały i rozleniwiały uszkodzone mięśnie. Dłuższe oddychanie za pomocą „żelaznych płuc” skazywało pacjenta na pomoc urządzenia do końca życia. Dlatego gdy tylko chory uzyskiwał nieznaczną poprawę, lekarze robili kilkugodzinne przerwy.

W nowoczesnym na tamte czasy warszawskim szpitalu przy Siennej nie ma bieżącej wody. Ani w salach chorych, ani w gabinetach lekarskich. Lekarze używają umywalek pedałowych – ustawionych na wysokim stojaku szklanych baniek wypełnionych wodą, która po naciśnięciu pedału spływa grawitacyjnie. Mimo to panuje niewyobrażalny rygor sanitarny. Na korytarzach stoją miednice z roztworem chloraminy, w których należy zanurzyć ręce, by je zdezynfekować. Klamki są owinięte bandażami nasączonymi takim samym roztworem. Stosuje się maseczki i ubiory ochronne. Mimo tak prymitywnych metod nie dochodzi do zakażenia wewnątrzszpitalnego. Nie choruje nikt z personelu, a przecież pielęgniarki, lekarze, salowe i rehabilitanci mają bezpośredni kontakt z chorymi.

Mimo że na oddział trafiały dzieci – od niemowląt po nastolatki – o odwiedzinach nie było mowy. Rodziny spotykały się ponownie dopiero w dniu wypisu, często nawet po kilku miesiącach. A czasem, w szczególnych wypadkach, nawet po roku. Dzieci tęskniły, płakały, ale nie było rady. Te, które były w stanie o własnych siłach podejść do okna, mogły pomachać rodzicom stojącym na ulicy. Te leżące były skazane wyłącznie na kontakt z personelem szpitala. Rozmównice, wyposażone w telefony pokoje przedzielone szybą, oddzielającą chore dzieci od odwiedzających, zbudowano dopiero w latach 70.

Ratunek z USA

Doktor Czachorowska patrzy bezsilnie, jak polio nieodwracalnie okalecza dzieci. Przykurczone kończyny muszą być ciągle rehabilitowane. Prosto ze szpitala na Siennej dzieci przewożone są do sanatoriów w Zagórzu lub Otwocku. – To były przypadki ciężkich porażeń. Powykręcane ręce i nogi. Wirus polio uszkadzał mięśnie, ale pozostawiał czucie i pełną świadomość. Zapamiętałam 14-letniego chłopca, który patrzył mi w oczy i pytał, po co go ratowałam. Została tylko głowa i wrak, który nie potrafił samodzielnie żyć. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Na moich rękach umierały dzieci. Robiłam wszystko, by je ratować. A potem takie pytanie – wspomina lekarka.

Wieść o epidemii dotarła do wirusologa Hilarego Koprowskiego, który od 1944 r. pracował w USA dla koncernu farmaceutycznego Wyeth. Od lat prowadził badania, szukając skutecznej szczepionki na polio. Szczepionka była jeszcze w fazie badań, ale Koprowski wyprosił w firmie Weyth 9 mln dawek, które za darmo wysłano do Polski. Szczepienia rozpoczęto na początku 1959 roku. Efekt był natychmiastowy. Liczba zachorowań spadła do zaledwie kilkuset. Dzięki szczepionce epidemię polio udało się opanować. W 2001 r. WHO ogłosiła, że Europa jest strefą wolną od tej choroby. Wirus wciąż jednak atakuje w Afryce i Azji. Kolejna epidemia jest tam tylko kwestią czasu. Czy w Europie też? To zależy od tego, czy będziemy używali szczepionki. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • ekonom
    29.01.2018 11:12
    szczepionki to przede wszystkim biznes, szczepionki obowiązkowe, to biznes 100% pewny
  • ekonom
    29.01.2018 11:14
    do kskiba19: jeśli dzieci mieszkają na farmie z końmi, to szczepienie przeciw tężcowi ma sens; jeśli nie mają kontaktu z końskim łajnem, to po co szczepić? Tężec żyje w końskich odchodach
  • szczerze?
    29.01.2018 23:21
    Najprostsze rozwiązanie to zostawić decyzję rodzicom. Amatorzy szczepionek niech szczepią swoje dzieci na wszystkie dostępne szczepionki świata, a Ci którzy uważają inaczej niech nie szczepią i po temacie. Skąd "w wiedzących lepiej" bierze się tyle arogancji, żeby siłą narzucać swoją wolę innym. Jeśli zgodzimy się, że to państwo ma decydować, co jest dobre dla Waszego dziecka, no to chcąc być konsekwentnym - trzeba niestety przyjąć wszystko czego w danym momencie to państwo zażąda (raz będzie to szczepionka, innym razem obowiązek szkolny) i bądźmy gotowi, aby pokornie się do tego stosować zostawiając wybranej w danym momencie partii decyzję, czy będzie to 1, czy może jednak 30 szczepionek, czy będzie to tylko szkoła podstawowa, czy zabiorą dziecko matce już do obowiązkowego żłobka). ... no bo skoro już raz zgodziliśmy się, że państwo może za nas zdecydować ... Potrzeba nam prawdziwej wolności.
  • bardzo stara baba
    30.01.2018 14:15
    Dzisiejsze pokolenie młodych rodziców, żyjących wygodnie i komfortowo, "wykształconych" internetowo egoistów widzi nie dalej niż czubek własnego nosa. Krytykuje szczepienia bo dało się uwieść nowej ideologii antyszczepionkowej. Pokolenie, które na oczy nie widziało młodego człowieka chodzącego o kulach po choroba Heinego-Medina. Pokolenie, które oczekuje od lekarzy cudów. Pokolenie rodziców, którzy gdy dziecko ma katar pędzi z nim na pogotowie, ale nie chce zaszczepić dziecka przed groźnymi chorobami.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.